Przejdź do głównej treści

Rozdział 1 za darmo. Bez rejestracji.

Szukaj po tytule lub gatunku
Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Zobacz wszystkie książki

Otwórz lub zamknij menu
Okładka książki „Silas Marner” autorstwa George Eliot

Bezpłatny fragment

Silas Marner

Autor: George Eliot

Klasyka z domeny publicznej autorstwa George Eliot · Nowy przekład przygotowany przez NovelSpell

Wybierz wydanie

Silas Marner

George Eliot

Rozdział 1

W czasach, gdy w wiejskich domach pracowicie furczały kołowrotki – a nawet wielkie damy, odziane w jedwabie i koronki, miały swoje kołowrotki z polerowanego dębu, istne zabawki – można było w odległych okolicach, wśród polnych dróg lub głęboko między wzgórzami, spotkać bladych, drobnych mężczyzn, którzy przy krzepkich wieśniakach wyglądali jak ostatni przedstawiciele wydziedziczonego plemienia. Pies pasterski ujadał zaciekle, gdy jeden z tych obco wyglądających ludzi pojawiał się na wyżynie, ciemny na tle wcześnie zachodzącego zimowego słońca; jakiż bowiem pies lubi postać zgiętą pod ciężkim workiem? A ci bladzi ludzie rzadko wychodzili z domu bez owego tajemniczego brzemienia. Sam pasterz, choć miał wszelkie powody sądzić, że worek zawiera jedynie lniane nici albo długie zwoje mocnego płótna z tychże nici, nie był zupełnie pewien, czy tkackie rzemiosło, jakkolwiek niezbędne, da się uprawiać całkowicie bez pomocy Złego. W owych odległych czasach zabobon łatwo przylegał do każdej osoby czy rzeczy choć trochę niezwykłej, a nawet jedynie pojawiającej się z rzadka i nieregularnie, jak wędrowny handlarz lub szlifierz noży. Nikt nie wiedział, skąd przychodzą wędrowcy ani gdzie mają domy; jakże zaś pojąć człowieka, jeśli się nie zna choćby kogoś, kto znał jego ojca i matkę? Dla dawnych wieśniaków świat poza granicami ich bezpośredniego doświadczenia był krainą mglistą i tajemniczą: ich nieobytym ze światem umysłom wędrowne życie wydawało się równie niejasne jak zimowy byt jaskółek, które wracały na wiosnę; nawet wobec przybysza, który osiadł na miejscu, lecz pochodził z odległych stron, niemal zawsze pozostawała resztka nieufności, za której sprawą nikt by się nie zdziwił, gdyby po długich latach nieszkodliwego życia dopuścił się przestępstwa – zwłaszcza jeśli uchodził za człowieka posiadającego jakąś wiedzę lub zdradzał biegłość w rzemiośle. Wszelka przemyślność, czy to w sprawnym posługiwaniu się owym trudnym narzędziem, jakim jest język, czy w innej sztuce nieznanej mieszkańcom wsi, już sama w sobie budziła podejrzenia: uczciwi ludzie, którzy przyszli na świat i wyrośli na oczach wszystkich, nie odznaczali się przeważnie nadmiarem mądrości ani zręczności – przynajmniej w sprawach wykraczających poza rozpoznawanie oznak pogody; a sposób, w jaki osiągano szybkość i zręczność w jakiejkolwiek dziedzinie, był tak dalece ukryty, że nabierały one czegoś z czarów. Tak więc owi rozproszeni po wsiach tkacze płótna lnianego – wychodźcy z miasta – do końca pozostawali obcymi dla swych wiejskich sąsiadów i zazwyczaj nabierali dziwacznych nawyków właściwych ludziom samotnym.

W pierwszych latach naszego stulecia taki właśnie tkacz płótna lnianego, nazwiskiem Silas Marner, wykonywał swe rzemiosło w kamiennej chacie, stojącej wśród leszczynowych żywopłotów nieopodal wsi Raveloe i niedaleko skraju opuszczonego kamieniołomu. Podejrzany odgłos krosna Silasa, tak odmienny od naturalnego, wesołego stukotu wialni czy prostszego rytmu cepa, przyciągał chłopców z Raveloe, budząc w nich zarazem na wpół lękliwe zaciekawienie. Nieraz przerywali zbieranie orzechów lub szukanie ptasich gniazd, by zajrzeć przez okno kamiennej chaty; onieśmielenie tajemniczą pracą krosna równoważyli miłym poczuciem drwiącej wyższości, jakie dawało im przedrzeźnianie jego naprzemiennych odgłosów i zgarbionej postawy tkacza, mozolącego się jak w kieracie. Czasem jednak Marner, przerwawszy pracę, by poprawić jakąś nierówność nici, spostrzegał małych łotrzyków; choć oszczędzał każdą chwilę, tak nie znosił ich natręctwa, że schodził z krosna, otwierał drzwi i wbijał w nich wzrok, który zawsze wystarczał, by w popłochu brali nogi za pas. Jakże bowiem uwierzyć, że te wielkie, brązowe, wypukłe oczy w bladej twarzy Silasa Marnera naprawdę nie widziały wyraźnie niczego, co nie znajdowało się blisko, a nie raczej, że ich straszliwe spojrzenie mogło zesłać skurcze lub krzywicę albo wykrzywić usta chłopcu, który akurat został w tyle? Być może słyszeli, jak ojcowie i matki napomykali, że Silas Marner potrafiłby leczyć ludzi z reumatyzmu, gdyby chciał, i dodawali jeszcze bardziej zagadkowo, że jeśli tylko dostatecznie uprzejmie przemówić do diabła, może on człowiekowi oszczędzić wydatków na lekarza. Takie osobliwe, przetrwałe echa dawnej czci oddawanej demonom uważny słuchacz mógłby może jeszcze dziś pochwycić wśród siwowłosych wieśniaków; niewyrobiony umysł z trudem bowiem łączy pojęcie potęgi z dobrocią. Mgliste wyobrażenie siły, którą usilnymi prośbami można nakłonić, by powstrzymała się od wyrządzania krzywdy – oto postać, jaką najłatwiej przybiera poczucie istnienia Niewidzialnego w umysłach ludzi od zawsze przytłoczonych troską o zaspokojenie najprostszych potrzeb, ludzi, którym życia pełnego znoju nigdy nie rozjaśniła żarliwa wiara religijna. Cierpienie i nieszczęście mają dla nich o wiele więcej możliwych postaci niż radość i przyjemność: ich wyobraźnia niemal nie rodzi obrazów karmiących pragnienie i nadzieję, za to całą zarastają wspomnienia dostarczające lękowi nieustannej pożywki. Zdarzyło mi się kiedyś zapytać starego robotnika, który był już śmiertelnie chory i odmawiał wszelkiego jedzenia podawanego mu przez żonę: „Czy przychodzi panu na myśl coś, co chciałby pan zjeść?”. „Nie” – odpowiedział. „Ja zawsze jadałem tylko zwykłą strawę, a tej jeść nie mogę”. Doświadczenie nie zrodziło w nim żadnych wyobrażeń, które mogłyby wzbudzić choćby cień apetytu.

Raveloe zaś było wsią, w której trwało wiele dawnych ech, niezagłuszonych nowymi głosami. Nie należało bynajmniej do owych jałowych parafii na krańcach cywilizacji, zamieszkanych przez chude owce i nielicznych, rozproszonych pasterzy; przeciwnie, leżało na żyznej równinie w samym sercu kraju, który z upodobaniem zwiemy Wesołą Anglią, i miało gospodarstwa płacące – z duchowego punktu widzenia – wielce pożądane dziesięciny. Było jednak ukryte w zacisznej, lesistej kotlinie, o całą godzinę konnej jazdy od najbliższego gościńca z rogatkami; nigdy nie docierał tam głos trąbki dyliżansu ani głos opinii publicznej. Wieś wyglądała okazale: w samym jej środku wznosił się piękny stary kościół z rozległym cmentarzem, a przy drodze stały dwie czy trzy duże siedziby gospodarzy, zbudowane z cegły i kamienia, z sadami otoczonymi solidnymi murami i ozdobnymi kogutkami na dachach, okazałością fasad przewyższające plebanię, która wyglądała spomiędzy drzew po drugiej stronie cmentarza. Wieś od razu ukazywała szczyty miejscowej hierarchii i wprawnemu oku mówiła, że w pobliżu nie ma wielkiego parku ani pańskiego dworu, za to w samym Raveloe mieszka kilku możnych, którzy bez żadnego niepokoju mogą źle gospodarować, bo w owych wojennych czasach czerpią ze złej gospodarki dość pieniędzy, by żyć wesoło i hucznie obchodzić Boże Narodzenie, Zielone Świątki i Wielkanoc.

Od chwili, gdy Silas Marner po raz pierwszy przybył do Raveloe, upłynęło piętnaście lat; był wtedy po prostu bladym młodzieńcem o wypukłych, krótkowzrocznych, brązowych oczach, którego wygląd nie wydałby się niczym dziwnym ludziom o przeciętnym wykształceniu i doświadczeniu. Wieśniacy jednak, wśród których zamieszkał, dostrzegali w nim tajemnicze osobliwości, odpowiadające niezwykłości jego zajęcia i temu, że przybył z nieznanej krainy zwanej „Północą”. Podobnie było z jego trybem życia: nikogo nie zapraszał za próg i nigdy nie zachodził do wsi, by wypić pintę piwa w gospodzie Rainbow albo pogawędzić u kołodzieja; nie szukał niczyjego towarzystwa, ani męskiego, ani kobiecego, chyba że wymagało tego rzemiosło lub zakup niezbędnych rzeczy. Dziewczęta z Raveloe rychło przekonały się, że żadnej z nich nie będzie namawiał do małżeństwa wbrew jej woli – zupełnie jakby słyszał ich oświadczenia, że nigdy nie wyjdą za nieboszczyka, który wrócił do życia. Takie wyobrażenie o Marnerze miało zresztą podstawę nie tylko w jego bladej twarzy i niespotykanych oczach; Jem Rodney, łapacz kretów, zapewniał bowiem, że pewnego wieczoru, wracając do domu, zobaczył Silasa Marnera opartego o przełaz, z ciężkim workiem na plecach, zamiast położyć worek na przełazie, jak zrobiłby człowiek przy zdrowych zmysłach; kiedy zaś podszedł bliżej, ujrzał, że Marner ma oczy nieruchome jak nieboszczyk. Przemawiał do niego i potrząsał nim, lecz członki tkacza były sztywne, a dłonie ściskały worek, jakby je odlano z żelaza; gdy jednak Jem doszedł już do przekonania, że tkacz nie żyje, ten znów przyszedł do siebie, ot, jak to mówią, w mgnieniu oka, powiedział „Dobranoc” i odszedł. Jem przysięgał, że widział to wszystko, a na dowód przypominał, że było to właśnie w dniu, gdy łapał krety na ziemi dziedzica Cassa, tam, przy starym dole tartacznym. Niektórzy mówili, że Marner musiał mieć „napad”; słowo to zdawało się tłumaczyć rzeczy skądinąd niewiarygodne. Lecz skory do sporów pan Macey, kościelny, kręcił głową i pytał, czy słyszano kiedy, żeby ktoś dostał napadu i nie upadł. Napad to przecież udar, prawda? A udar ma to do siebie, że po części odbiera człowiekowi władzę w członkach i zrzuca go na utrzymanie parafii, jeśli nie ma dzieci, które by się nim zajęły. Nie, nie; po udarze człowiek nie stałby na nogach jak koń między dyszlami, żeby potem odejść, nim się powie „Wio!”. Ale mogło się przecież zdarzyć, że dusza odłącza się od ciała i wychodzi z niego, a potem wraca, jak ptak wylatujący z gniazda i powracający do niego; w ten sposób ludzie nabierają nadmiernej mądrości, bo w tym stanie, bez cielesnej powłoki, chodzą na naukę do tych, od których mogą się dowiedzieć więcej niż ich sąsiedzi za pomocą swych pięciu zmysłów i księdza. Skąd też majster Marner wziął znajomość ziół – a i zaklęć, gdyby zechciał je wyjawić? Opowieść Jema Rodneya nie była niczym ponad to, czego mógł się spodziewać każdy, kto widział, jak Marner uleczył Sally Oates i sprawił, że spała jak niemowlę, choć od przeszło dwóch miesięcy serce tłukło jej tak, jakby miało rozsadzić ciało, a przecież pozostawała pod opieką lekarza. Mógłby leczyć więcej ludzi, gdyby chciał; warto jednak było zwracać się do niego uprzejmie, choćby po to, by nie wyrządził człowiekowi krzywdy.

Tej mglistej obawie Marner po części zawdzięczał ochronę przed prześladowaniami, jakie mogły na niego ściągnąć jego osobliwości, ale jeszcze bardziej chroniło go to, że po śmierci starego tkacza płótna lnianego z sąsiedniej parafii Tarley jego rzemiosło czyniło go nader pożądanym osadnikiem w oczach zamożniejszych gospodyń z okolicy, a nawet zapobiegliwszych mieszkańców wiejskich chat, którzy pod koniec roku mieli swój niewielki zapas przędzy. Świadomość jego użyteczności wzięłaby górę nad każdą niechęcią czy podejrzliwością, która nie znalazłaby potwierdzenia w niedostatkach jakości lub ilości utkanego dla nich płótna. Lata mijały, nie zmieniając sąsiedzkich wyobrażeń o Marnerze, poza tym jedynie, że nowość ustąpiła przyzwyczajeniu. Po piętnastu latach mężczyźni z Raveloe mówili o Silasie Marnerze dokładnie to samo co na początku: nie powtarzali już tego równie często, ale gdy powtarzali, wierzyli znacznie mocniej we własne słowa. Lata przyniosły tylko jeden ważny dodatek: majster Marner odłożył gdzieś ładny grosz i mógłby wykupić majątki ludzi od siebie „większych”.

Choć jednak opinia o nim prawie się nie zmieniła, a codzienne zwyczaje nie uległy niemal żadnym widocznym przeobrażeniom, życie wewnętrzne Marnera miało własną historię i przeszło przemianę, jak musi się dziać z życiem każdej żarliwej natury, która uciekła w samotność lub została na nią skazana. Zanim przybył do Raveloe, jego życie wypełniały ruch, ożywienie umysłowe i bliska więź ze współwyznawcami, które zarówno wówczas, jak i dziś znamionowały życie rzemieślnika od młodości należącego do zamkniętej sekty religijnej, gdzie najuboższy świecki ma szansę wyróżnić się darem wymowy, a przynajmniej – choćby sam milczał – wywiera wpływ na rządy wspólnoty dzięki prawu głosowania. Marner cieszył się wielkim poważaniem w owym małym, ukrytym przed światem kręgu, który sam siebie zwał zborem gromadzącym się w Lantern Yardzie; uchodził za młodzieńca o wzorowym życiu i gorącej wierze, a szczególne zainteresowanie otaczało go od czasu, gdy podczas zebrania modlitewnego zapadł w tajemnicze zesztywnienie i utratę świadomości, trwające godzinę lub dłużej, które wzięto za śmierć. Zarówno sam Silas, jak jego pastor i współwyznawcy uznaliby szukanie lekarskiego wyjaśnienia tego zjawiska za dobrowolne odcięcie się od duchowego znaczenia, jakie mogło się w nim kryć. Silas był najwyraźniej bratem wybranym do szczególnej próby; chociaż brak jakiegokolwiek duchowego widzenia w czasie zewnętrznego odrętwienia zniechęcał do prób jej objaśnienia, zarówno on sam, jak inni wierzyli, że jej skutki widać w większym oświeceniu i wzmożonej żarliwości. Człowiek mniej prawdomówny mógłby z czasem ulec pokusie stworzenia widzenia pod postacią powracającego wspomnienia; człowiek mniej zdrowy na umyśle mógłby w taki twór uwierzyć. Silas jednak był i zdrowy na umyśle, i uczciwy, choć – jak u wielu ludzi uczciwych i żarliwych – wykształcenie nie nadało określonego biegu jego poczuciu tajemnicy, toteż rozlewało się ono na drogę należną dociekaniu i wiedzy. Po matce odziedziczył pewną znajomość ziół leczniczych i sposobów ich przyrządzania – mały zasób mądrości, który uroczyście przekazała mu w spuściźnie – lecz w ostatnich latach ogarniały go wątpliwości co do godziwości korzystania z tej wiedzy. Wierzył bowiem, że zioła nie mogą skutkować bez modlitwy, a modlitwa może wystarczyć bez ziół; odziedziczona po matce przyjemność wędrowania po polach w poszukiwaniu naparstnicy, mniszka i podbiału zaczynała więc przybierać w jego oczach postać pokusy.

Wśród członków zboru był pewien młody człowiek, nieco od niego starszy, z którym od dawna łączyła go tak bliska przyjaźń, że bracia z Lantern Yardu zwykli nazywać ich Dawidem i Jonatanem. Przyjaciel naprawdę nazywał się William Dane i również uchodził za świetlany przykład młodzieńczej pobożności, choć bywał nazbyt surowy dla słabszych braci, a blask własnego światła tak go nieraz oślepiał, że uważał się za mądrzejszego od swych nauczycieli. Jakiekolwiek jednak skazy dostrzegali w Williamie inni, dla przyjaciela był bez wad; Marner należał bowiem do ludzi podatnych na wpływy i niepewnych siebie, którzy w niedoświadczonej młodości podziwiają stanowczość i szukają oparcia w kimś, kto im się sprzeciwia. Wyraz ufnej prostoty na twarzy Marnera, podkreślony jeszcze brakiem uważnego skupienia, owym bezbronnym, sarnim spojrzeniem właściwym wielkim, wypukłym oczom, ostro kontrastował z wyrazem samozadowolenia Williama Dane’a, skrywającego wewnętrzny triumf, który czaił się w jego wąskich, skośnych oczach i zaciśniętych wargach. Jednym z najczęstszych tematów rozmów obu przyjaciół była pewność zbawienia: Silas wyznawał, że nigdy nie potrafi wznieść się ponad nadzieję zmieszaną z lękiem, i z pełnym tęsknoty zdumieniem słuchał Williama, który oświadczał, że posiada niezachwianą pewność od czasu, gdy w okresie swego nawrócenia ujrzał we śnie słowa „pewne powołanie i wybranie”, widniejące samotnie na białej karcie otwartej Biblii. Takie rozmowy zajmowały niejedną parę bladych tkaczy, których nieotoczone troską dusze były jak młode skrzydlate stworzenia, porzucone i trzepoczące w półmroku.

Nic niepodejrzewającemu Silasowi zdawało się, że przyjaźni nie ostudziło nawet nawiązanie przez niego innej, ściślejszej więzi. Od kilku miesięcy był zaręczony z młodą służącą i czekał tylko, aż ich wspólne oszczędności nieco wzrosną, by mogli się pobrać; wielce go cieszyło, że Sarah nie sprzeciwiała się obecności Williama na niektórych ich niedzielnych spotkaniach. Właśnie w tym okresie Silas doznał podczas zebrania modlitewnego napadu katalepsji; wśród rozmaitych pytań i oznak zainteresowania ze strony współwyznawców jedynie uwaga Williama zabrzmiała obcą nutą w powszechnym współczuciu dla brata wyróżnionego tak szczególną próbą. Oznajmił on, że jego zdaniem odrętwienie to wygląda raczej na nawiedzenie przez Szatana niż dowód łaski Bożej, i wezwał przyjaciela, by zbadał, czy nie skrywa w duszy czegoś przeklętego. Silas, uważając za swój obowiązek przyjmować nagany i napomnienia jako braterską posługę, nie czuł urazy, a jedynie ból z powodu wątpliwości przyjaciela; rychło dołączył się do tego niepokój, gdy spostrzegł, że zachowanie Sary wobec niego zaczyna dziwnie się wahać między staraniem, by okazywać mu większe przywiązanie, a mimowolnym wzdraganiem się i oznakami niechęci. Zapytał, czy chciałaby zerwać zaręczyny, lecz zaprzeczyła: zbór wiedział o ich zaręczynach, uznano je na zebraniach modlitewnych; nie można było ich zerwać bez wnikliwego zbadania sprawy, a Sarah nie umiała podać powodu, który zyskałby aprobatę wspólnoty. W tym czasie najstarszy diakon niebezpiecznie zachorował, a że był bezdzietnym wdowcem, dzień i noc pielęgnował go ktoś z młodszych braci lub sióstr. Silas często czuwał nocą na zmianę z Williamem; jeden zmieniał drugiego o drugiej nad ranem. Wbrew oczekiwaniom starzec zdawał się wracać do zdrowia, gdy pewnej nocy Silas, siedząc przy jego łóżku, zauważył, że umilkł zwykle słyszalny oddech chorego. Świeca się dopalała i musiał ją podnieść, by wyraźnie zobaczyć jego twarz. Oględziny przekonały go, że diakon umarł – i to jakiś czas temu, bo członki miał już sztywne. Silas zadał sobie pytanie, czy nie zasnął, i spojrzał na zegar: była już czwarta nad ranem. Dlaczego William nie przyszedł? Wielce zaniepokojony poszedł szukać pomocy; wkrótce w domu zebrało się kilku przyjaciół, wśród nich pastor, Silas zaś odszedł do pracy, pragnąc spotkać Williama i dowiedzieć się, dlaczego się nie zjawił. O szóstej jednak, gdy myślał właśnie, by pójść szukać przyjaciela, William przyszedł sam, a z nim pastor. Przybyli wezwać go do Lantern Yardu na spotkanie z członkami zboru; na pytanie o powód wezwania usłyszał jedynie: „Dowiesz się”. Nie powiedziano nic więcej, dopóki Silas nie zasiadł w zakrystii naprzeciw pastora, pod pełnymi powagi spojrzeniami tych, którzy w jego oczach stanowili lud Boży. Wtedy pastor wyjął scyzoryk, pokazał go Silasowi i zapytał, czy wie, gdzie go zostawił. Silas odparł, że nic mu nie wiadomo o tym, by scyzoryk znalazł się gdziekolwiek poza jego własną kieszenią – drżał jednak pod wpływem tego dziwnego przesłuchania. Wezwano go następnie, by nie taił grzechu, lecz wyznał winę i okazał skruchę. Scyzoryk znaleziono w sekretarzyku przy łóżku zmarłego diakona – w miejscu, gdzie leżał woreczek z pieniędzmi zboru, który sam pastor widział poprzedniego dnia. Czyjaś ręka zabrała woreczek; czyjaż mogła to być ręka, jeśli nie człowieka, do którego należał scyzoryk? Przez pewien czas Silas milczał ze zdumienia; potem powiedział: „Bóg dowiedzie mojej niewinności: nie wiem nic o tym, jak się tam znalazł scyzoryk, ani o zniknięciu pieniędzy. Przeszukajcie mnie i moje mieszkanie; nie znajdziecie nic prócz moich trzech funtów i pięciu szylingów oszczędności, które, jak wie William Dane, mam już od sześciu miesięcy”. William jęknął na te słowa, lecz pastor rzekł: „Dowody przeciw tobie są poważne, bracie Marner. Pieniądze zabrano minionej nocy, a przy naszym zmarłym bracie nie było nikogo prócz ciebie, William Dane oświadcza bowiem, że nagła choroba nie pozwoliła mu pójść na zwykłe czuwanie; sam też powiedziałeś, że nie przyszedł. A ponadto zaniedbałeś ciało zmarłego”.

„Musiałem zasnąć” – powiedział Silas. Po chwili dodał: „Albo musiałem doznać takiego samego nawiedzenia jak to, którego wszyscy byliście świadkami, tak że złodziej musiał przyjść i odejść, gdy nie byłem w ciele, lecz poza ciałem. Ale powtarzam: przeszukajcie mnie i moje mieszkanie, bo nigdzie indziej nie byłem”.

Przeprowadzono przeszukanie, które skończyło się tym, że William Dane znalazł dobrze znany woreczek, pusty, wetknięty za komodę w pokoju Silasa! William wezwał wówczas przyjaciela, by wyznał winę i nie taił dłużej grzechu. Silas spojrzał na niego z bolesnym wyrzutem i rzekł: „Williamie, przez te dziewięć lat, kiedy wszędzie bywaliśmy razem, czy kiedykolwiek słyszałeś ode mnie kłamstwo? Ale Bóg dowiedzie mojej niewinności”.

„Bracie – powiedział William – skąd mam wiedzieć, co mogłeś uczynić w tajnikach swego serca, dając Szatanowi przewagę nad sobą?”

Silas wciąż patrzył na przyjaciela. Nagle twarz zapłonęła mu rumieńcem; już miał się gwałtownie odezwać, lecz znów jakby powstrzymał go jakiś wewnętrzny wstrząs, pod którego wpływem krew odpłynęła mu z twarzy i ogarnęło go drżenie. W końcu jednak przemówił słabym głosem, patrząc na Williama.

„Teraz pamiętam – scyzoryka nie było w mojej kieszeni”.

William powiedział: „Nie wiem, co masz na myśli”. Pozostali obecni zaczęli jednak dopytywać Silasa, gdzie zatem, według jego słów, znajdował się scyzoryk, lecz nie chciał już nic wyjaśniać; powiedział tylko: „Dotknął mnie ciężki cios; nie mogę nic powiedzieć. Bóg dowiedzie mojej niewinności”.

Po powrocie do zakrystii naradzano się dalej. Uciekanie się do środków prawnych, aby wykryć sprawcę, było sprzeczne z zasadami zboru w Lantern Yardzie, które zakazywały chrześcijanom wytaczania procesów, nawet gdyby sprawa narażała wspólnotę na mniejsze zgorszenie. Członkowie zboru byli jednak zobowiązani sięgnąć po inne środki poznania prawdy i postanowili uciec się do modlitwy i ciągnięcia losów. Postanowienie to może dziwić jedynie tych, którzy nie znają ukrytego życia religijnego, jakie od dawna toczy się w zaułkach naszych miast. Silas ukląkł wraz z braćmi, ufny, że bezpośrednia ingerencja Boga potwierdzi jego niewinność, lecz zarazem czuł, że nawet w takim razie pozostaną mu smutek i żal – że jego zaufanie do człowieka zostało okrutnie zranione. Losy orzekły, że Silas Marner jest winny. Uroczyście zawieszono go w prawach członka zboru i wezwano do oddania skradzionych pieniędzy; tylko wyznanie winy, jako oznaka skruchy, mogło mu otworzyć drogę z powrotem na łono zboru. Marner słuchał w milczeniu. Wreszcie, gdy wszyscy wstali, by odejść, podszedł do Williama Dane’a i powiedział głosem drżącym ze wzburzenia:

„Ostatni raz, jak pamiętam, użyłem scyzoryka wtedy, gdy wyjąłem go, żeby przeciąć ci rzemień. Nie pamiętam, żebym go potem schował do kieszeni. Ty ukradłeś pieniądze i uknułeś spisek, by zrzucić ten grzech na mnie. Ale i tak może ci się powodzić: nie ma sprawiedliwego Boga, który sprawiedliwie rządzi ziemią, jest tylko Bóg kłamstw, świadczący przeciw niewinnym”.

Wszystkich przeszedł dreszcz na dźwięk tego bluźnierstwa.

William powiedział łagodnie: „Niech nasi bracia osądzą, czy to głos Szatana, czy nie. Ja mogę tylko modlić się za ciebie, Silasie”.

Biedny Marner wyszedł z rozpaczą w duszy – z ufnością w Boga i człowieka tak zachwianą, że dla kochającej natury niewiele się to różni od szaleństwa. W goryczy zranionej duszy powiedział sobie: „Ona też mnie odtrąci”. Pomyślał też, że gdyby nie uwierzyła świadectwu przeciw niemu, cała jej wiara musiałaby się zachwiać tak samo jak jego. Ludziom przywykłym do rozumowego rozważania form, w których ucieleśniło się ich uczucie religijne, trudno wczuć się w ów prosty, nieuczony stan umysłu, w którym żadna refleksja nie oddzieliła nigdy formy od uczucia. Sądzimy zwykle, że człowiek na miejscu Marnera musiałby zacząć wątpić w zasadność odwoływania się do sądu Bożego za pomocą ciągnięcia losów; lecz dla niego oznaczałoby to wysiłek samodzielnego myślenia, jakiego nigdy dotąd nie zaznał, a musiałby go podjąć w chwili, gdy całą jego energię pochłaniała męka zawiedzionej wiary. Jeśli istnieje anioł, który zapisuje ludzkie cierpienia równie pilnie jak grzechy, wie on, jak liczne i głębokie są cierpienia płynące z błędnych wyobrażeń, za które nikt nie ponosi winy.

Marner wrócił do domu i przez cały dzień siedział sam, oszołomiony rozpaczą, nie znajdując w sobie chęci, by pójść do Sary i spróbować przekonać ją o swej niewinności. Drugiego dnia znalazł ucieczkę od otępiającej niewiary w pracy: zasiadł przy krośnie i tkał jak zwykle; po niewielu godzinach przyszli do niego pastor i jeden z diakonów z wiadomością od Sary, że uważa zaręczyny z nim za zerwane. Silas przyjął wiadomość w milczeniu, po czym odwrócił się od posłańców i znów zaczął pracować przy krośnie. Niewiele ponad miesiąc później Sarah poślubiła Williama Dane’a; niedługo potem bracia z Lantern Yardu dowiedzieli się, że Silas Marner opuścił miasto.


Ustawienia plików cookie i prywatności

Masz kontrolę nad swoimi danymi

Dowiedz się więcej o plikach cookie, których używamy, i wybierz, na które z nich zezwalasz.

  • Te pliki cookie są niezbędne do prawidłowego działania strony. Umożliwiają między innymi logowanie i dodawanie produktów do koszyka.

  • Te pliki cookie zapisują informacje o twoich działaniach, aby dostosować stronę do ciebie podczas kolejnej wizyty.

  • My i nasi partnerzy, w tym Shopify, używamy tych plików cookie, aby optymalizować komunikację marketingową i wyświetlać ci reklamy na innych stronach internetowych.

  • Te pliki cookie pomagają nam zrozumieć, jak korzystasz ze strony. Używamy tych danych, aby określić, co możemy ulepszyć.