Przejdź do głównej treści

Rozdział 1 za darmo. Bez rejestracji.

Szukaj po tytule lub gatunku
Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Zobacz wszystkie książki

Otwórz lub zamknij menu
Okładka książki „Szkarłatne godło odwagi”, autor: Stephen Crane

Bezpłatny fragment

Szkar­łat­ne godło odwagi

Autor: Stephen Crane

Klasyka z domeny publicznej autorstwa Stephen Crane · Nowy przekład przygotowany przez NovelSpell

Wybierz wydanie

Szkar­łat­ne godło odwagi

Stephen Crane

Rozdział 1

Chłód niechętnie opuszczał ziemię, a ustępujące mgły odsłaniały armię rozłożoną na wzgórzach, pogrążoną w odpoczynku. Gdy brunatny krajobraz zieleniał, armia budziła się i na szum pogłosek zaczynała drżeć z niecierpliwości. Wodziła wzrokiem po drogach, które z długich koryt rzadkiego błota przeobrażały się w porządne gościńce. U stóp armii szemrała rzeka, bursztynowa w cieniu swych brzegów; nocą zaś, gdy jej nurt przybierał smutną czerń, po drugiej stronie widać było ogniska nieprzyjaciela, jarzące się czerwono niczym oczy pod niskimi brwiami odległych wzgórz.

Pewnego razu pewien wysoki żołnierz powziął cnotliwe zamiary i zdecydowanym krokiem ruszył wyprać koszulę. Znad strumienia przybiegł z powrotem, wymachując odzieniem niczym sztandarem. Rozpierała go opowieść zasłyszana od wiarygodnego przyjaciela, który słyszał ją od prawdomównego kawalerzysty, ten zaś od swego godnego zaufania brata, jednego z ordynansów w kwaterze głównej dywizji. Przybrał ważną minę herolda w czerwieni i złocie.

„Jutro ruszamy – na pewno” – oznajmił pompatycznie grupce żołnierzy na uliczce kompanii. „Pójdziemy daleko w górę rzeki, przeprawimy się na drugą stronę i zajdziemy ich od tyłu”.

Donośnym głosem nakreślił swym uważnym słuchaczom szczegółowy plan nader błyskotliwej kampanii. Kiedy skończył, żołnierze w niebieskich mundurach rozeszli się między rzędy przysadzistych brunatnych chat, tworząc małe, spierające się grupki. Czarnoskórego woźnicę, który przy wesołych zachętach czterdziestu żołnierzy tańczył na skrzynce po sucharach, opuściła widownia. Usiadł smętnie. Z mnóstwa osobliwych kominów leniwie snuł się dym.

„Kłamstwo! Nic więcej – wierutne kłamstwo!” – powiedział głośno inny szeregowiec. Jego gładką twarz oblewał rumieniec; naburmuszony, trzymał ręce wciśnięte w kieszenie spodni. Odebrał tę sprawę jako osobistą zniewagę. „Nie wierzę, żeby ta przeklęta stara armia kiedykolwiek ruszyła. Tkwimy tu na dobre. W ostatnich dwóch tygodniach osiem razy szykowałem się do wymarszu, a jeszcześmy nie ruszyli”.

Wysoki żołnierz poczuł się w obowiązku bronić prawdziwości pogłoski, którą sam rozpuścił. O mało nie doszło z tego powodu do bójki między nim a hałaśliwym.

Pewien kapral zaczął kląć przed zgromadzonymi. Dopiero co, mówił, ułożył w swojej chacie drogą podłogę z desek. Wczesną wiosną powstrzymywał się od większych ulepszeń, które zapewniłyby mu wygodę, sądził bowiem, że armia w każdej chwili może wyruszyć w drogę. Ostatnio jednak odnosił wrażenie, że obozują tu chyba na wieki.

Wielu żołnierzy wdało się w ożywiony spór. Jeden niezwykle jasno wyłuszczył wszystkie plany dowodzącego generała. Sprzeciwiali mu się ci, którzy utrzymywali, że istnieją inne plany kampanii. Przekrzykiwali się, a wielu bezskutecznie próbowało skupić na sobie uwagę reszty. Tymczasem żołnierz, który przyniósł pogłoskę, krzątał się z nader ważną miną. Nieustannie zasypywano go pytaniami.

„Co jest, Jimie?”

„Armia rusza”.

„E, co ty gadasz? Skąd wiesz, że rusza?”

„Możesz mi wierzyć albo nie, jak chcesz. Nic mnie to nie obchodzi”.

Sam sposób, w jaki odpowiadał, dawał wiele do myślenia. Niemal ich przekonał tym, że nie raczył przytoczyć dowodów. Ogarnęło ich wielkie podniecenie.

Był wśród nich młody szeregowiec, który chciwie chłonął słowa wysokiego żołnierza i rozmaite uwagi towarzyszy. Nasłuchawszy się do syta rozpraw o marszach i atakach, poszedł do swojej chaty i przeczołgał się przez otwór o wymyślnym kształcie, służący za drzwi. Chciał zostać sam z pewnymi nowymi myślami, które ostatnio go nawiedzały.

Położył się na szerokiej pryczy, zajmującej całą szerokość izby przy jednej ze ścian. W drugim końcu za meble służyły skrzynki po sucharach. Ustawiono je wokół paleniska. Na ścianach z bali widniał obrazek z ilustrowanego tygodnika, a na kołkach wisiały równolegle trzy karabiny. Oporządzenie wisiało na dogodnych zaczepach, a na niewielkim stosie drewna opałowego leżało kilka blaszanych naczyń. Złożony namiot służył za dach. Padające na niego z zewnątrz światło słoneczne nadawało mu jasnożółty blask. Małe okno rzucało na zagraconą podłogę ukośny kwadrat bielszego światła. Dym z paleniska chwilami lekceważył gliniany komin i snuł się po izbie, a ten lichy komin z gliny i patyków bez ustanku groził, że puści z dymem całe domostwo.

Młodzieniec trwał w lekkim odrętwieniu ze zdumienia. Więc wreszcie mieli walczyć. Nazajutrz, być może, miała się rozegrać bitwa, a on miał wziąć w niej udział. Przez pewien czas musiał się wysilać, by samemu w to uwierzyć. Nie potrafił z pełnym przekonaniem przyjąć zapowiedzi, że niebawem weźmie udział w jednej z wielkich spraw tego świata.

Oczywiście całe życie marzył o bitwach – o mglistych, krwawych zmaganiach, których rozmach i żar przejmowały go dreszczem. W wizjach oglądał siebie w niejednym boju. Wyobrażał sobie ludy bezpieczne w cieniu jego męstwa i orlej czujności. Lecz na jawie bitwy były dla niego szkarłatnymi plamami na kartach przeszłości. Umieszczał je wśród spraw minionych, obok wyobrażeń ciężkich koron i wyniosłych zamków. Pewną część dziejów świata uważał za czas wojen, lecz czas ów, jak sądził, dawno skrył się za horyzontem i zniknął na zawsze.

Z domu spoglądał swymi młodymi oczami na wojnę we własnym kraju z niedowierzaniem. Musiała to być jakaś zabawa na niby. Od dawna nie miał już nadziei ujrzeć homeryckich zmagań. Mówił sobie, że takich już nie będzie. Ludzie stali się lepsi albo bardziej bojaźliwi. Wychowanie świeckie i religijne wykorzeniło instynkt rzucania się sobie do gardeł albo też solidne finanse trzymały namiętności w ryzach.

Kilka razy aż go paliło, by się zaciągnąć. Krajem wstrząsały wieści o wielkich ruchach wojsk. Może nie były one wyraźnie homeryckie, lecz zdawało się, że kryją w sobie wiele chwały. Czytał o marszach, oblężeniach, starciach i tęsknił za tym, by wszystko to zobaczyć. Jego ruchliwy umysł malował mu wielkie obrazy w rozpasanych barwach, płonące czynami zapierającymi dech.

Lecz jego matka zniechęcała go do tego. Na jego wojenny zapał i patriotyzm patrzyła z pewną udawaną pogardą. Potrafiła spokojnie usiąść i bez widocznego trudu wyliczyć mu całe setki powodów, dla których w gospodarstwie znaczył o wiele więcej niż na polu bitwy. Mówiła w taki sposób, że wiedział, iż jej sądy w tej sprawie płyną z głębokiego przekonania. Przemawiało też za nią jego własne przeświadczenie, że moralne pobudki, którymi kierowała się w tym sporze, były niepodważalne.

W końcu jednak stanowczo zbuntował się przeciw temu żółtemu światłu, które padało na barwy jego ambicji. Gazety, wiejskie pogaduszki i własne wyobrażenia rozpaliły go tak, że nie sposób było go powstrzymać. Naprawdę pięknie tam walczono. Niemal codziennie gazeta drukowała doniesienia o rozstrzygającym zwycięstwie.

Pewnej nocy, gdy leżał w łóżku, wiatr doniósł mu rozgłośne bicie kościelnego dzwonu; jakiś zapaleniec gorączkowo szarpał za sznur, by obwieścić przeinaczone wieści o wielkiej bitwie. Ten głos ludu radującego się wśród nocy wprawił go w długi, ekstatyczny dreszcz podniecenia. Później zszedł do pokoju matki i oznajmił: „Mamo, zaciągam się”.

„Henry, nie bądź głupi” – odparła jego matka. Potem zakryła twarz kołdrą. Na tym się tamtej nocy skończyło.

Mimo to nazajutrz rano poszedł do miasteczka leżącego niedaleko gospodarstwa matki i zaciągnął się do formującej się tam kompanii. Gdy wrócił do domu, matka doiła pręgowatą krowę. Cztery inne czekały na swoją kolej. „Mamo, zaciągnąłem się” – powiedział nieśmiało. Zapadła krótka cisza. „Niech się dzieje wola Pańska, Henry” – odrzekła wreszcie i dalej doiła pręgowatą krowę.

Kiedy stał w progu w żołnierskim mundurze, a podniecenie i oczekiwanie w jego oczach niemal gasiły blask żalu za rodzinnym domem, zobaczył dwie łzy, które zostawiały ślady na poznaczonych bliznami policzkach matki.

Mimo to rozczarowała go, nie wspominając ani słowem o powrocie z tarczą lub na tarczy. W skrytości ducha szykował się na piękną scenę. Przygotował sobie zdania, które, jak sądził, mogły wywołać wzruszenie. Ale jej słowa zniweczyły jego plany. Z uporem obierała ziemniaki i przemówiła do niego tak: „Uważaj, Henry, i dobrze o siebie dbaj w tej całej wojaczce – uważaj i dobrze o siebie dbaj. Nie myśl sobie, że od razu pobijesz całą armię rebeliantów, bo nie dasz rady. Jesteś tylko jednym małym chłopakiem wśród całej gromady innych i musisz siedzieć cicho i robić, co ci każą. Znam cię, Henry”.

„Zrobiłam ci na drutach osiem par skarpet, Henry, i włożyłam wszystkie twoje najlepsze koszule, bo chcę, żeby mojemu chłopcu było tak samo ciepło i wygodnie jak każdemu innemu w armii. Jak tylko zrobią się w nich dziury, od razu odsyłaj je do mnie, żebym mogła je pocerować”.

„I zawsze uważaj, z kim się zadajesz. W armii jest mnóstwo złych ludzi, Henry. Armia ich rozbestwia i najbardziej lubią sprowadzać na złą drogę takiego młodego chłopaka jak ty, co rzadko bywał daleko od domu i zawsze miał matkę przy sobie, i uczyć go pić i kląć. Trzymaj się od takich z daleka, Henry. Nie chcę, żebyś kiedykolwiek zrobił coś, Henry, o czym wstydziłbyś się mi powiedzieć. Wyobrażaj sobie, że na ciebie patrzę. Jak zawsze będziesz o tym pamiętał, to chyba dobrze się sprawisz”.

„Musisz też zawsze pamiętać o swoim ojcu, dziecko, i o tym, że nie wypił w życiu ani kropli trunku i rzadko kiedy zaklął w złości”.

„Nie wiem, co jeszcze ci powiedzieć, Henry, oprócz tego, że nigdy nie wolno ci się uchylać od powinności, dziecko, przez wzgląd na mnie. Jeśli przyjdzie taka chwila, kiedy będziesz musiał zginąć albo zrobić coś podłego, to, Henry, myśl tylko o tym, co słuszne, bo niejedna kobieta musi w tych czasach znosić takie rzeczy, a Pan zatroszczy się o nas wszystkich”.

„Nie zapomnij o skarpetach i koszulach, dziecko; dołożyłam też do twojego tobołka kubek dżemu jeżynowego, bo wiem, że lubisz go najbardziej ze wszystkiego. Żegnaj, Henry. Uważaj na siebie i bądź dobrym chłopcem”.

Oczywiście męczyła go ta przemowa i słuchał jej niecierpliwie. Niezupełnie tego się spodziewał i przyjmował ją z widocznym rozdrażnieniem. Odszedł z niejasnym uczuciem ulgi.

Kiedy jednak obejrzał się od furtki, zobaczył matkę klęczącą pośród obierek ziemniaczanych. Jej uniesiona, smagła twarz była mokra od łez, a szczupłe ciało drżało. Spuścił głowę i poszedł dalej, nagle zawstydzony swoimi zamiarami.

Z domu poszedł do szkoły, by pożegnać wielu kolegów. Otoczyli go tłumnie, ze zdumieniem i podziwem. Poczuł dzielącą ich teraz przepaść i rozpierała go spokojna duma. Jego i paru kolegów, którzy przywdziali niebieskie mundury, przez całe jedno popołudnie wręcz obsypywano przywilejami i była to prawdziwa rozkosz. Dumnie paradowali.

Pewna jasnowłosa dziewczyna z ożywieniem podśmiewała się z jego wojowniczego zapału, lecz była też inna, o ciemniejszych włosach, w którą uporczywie się wpatrywał; zdawało mu się, że na widok jego błękitu i mosiądzu cichła i smutniała. Gdy szedł ścieżką między rzędami dębów, odwrócił głowę i dostrzegł ją w oknie: patrzyła za odchodzącym. Zaledwie ją zauważył, natychmiast zaczęła wpatrywać się w niebo poprzez wysokie konary drzew. Dostrzegł w tej zmianie pozy wiele popłochu i pośpiechu. Często o tym myślał.

W drodze do Waszyngtonu czuł się uskrzydlony. Na każdej kolejnej stacji karmiono i hołubiono pułk, aż młodzieniec uwierzył, że musi być bohaterem. Nie szczędzono chleba i zimnych mięs, kawy, pikli i sera. Grzejąc się w uśmiechach dziewcząt, poklepywany i chwalony przez starców, czuł, jak rośnie w nim siła do wielkich czynów orężnych.

Po zawiłych podróżach z licznymi postojami nastały miesiące monotonnego życia w obozie. Wierzył dotąd, że prawdziwa wojna to szereg zmagań na śmierć i życie, przedzielonych krótkimi chwilami na sen i posiłki; lecz odkąd jego pułk stanął w polu, armia właściwie tylko siedziała w miejscu i próbowała się ogrzać.

Tak więc stopniowo wracał do dawnych poglądów. Homeryckich zmagań miało już nie być. Ludzie stali się lepsi albo bardziej bojaźliwi. Wychowanie świeckie i religijne wykorzeniło instynkt rzucania się sobie do gardeł albo też solidne finanse trzymały namiętności w ryzach.

Zaczął uważać się jedynie za cząstkę wielkiej niebieskiej demonstracji siły. Jego zadaniem było dbać w miarę możności o własną wygodę. Dla rozrywki mógł kręcić młynka kciukami i snuć domysły, jakie też myśli muszą zaprzątać głowy generałów. Poza tym musztrowano go i musztrowano, i poddawano przeglądom, i musztrowano, i musztrowano, i poddawano przeglądom.

Jedynymi nieprzyjaciółmi, jakich widział, byli żołnierze na czatach wzdłuż brzegu rzeki. Była to opalona, filozoficznie usposobiona gromadka, która czasem w zadumie strzelała do niebieskich żołnierzy na czatach. Kiedy później robiono im z tego powodu wyrzuty, zwykle wyrażali żal i przysięgali na swych bogów, że karabiny wypaliły bez ich pozwolenia. Młodzieniec, pełniąc pewnej nocy wartę, rozmawiał przez rzekę z jednym z nich. Był to człowiek w nieco podartym odzieniu, który z wprawą pluł między własne buty i miał w sobie ogromny zapas pogodnej, dziecięcej pewności siebie. Jako człowiek przypadł młodzieńcowi do gustu.

„Jankesie, diabelnie porządny z ciebie chłop” – oznajmił mu tamten. Słowa te, niesione ku niemu przez nieruchome powietrze, sprawiły, że przez chwilę żałował, iż toczy się wojna.

Różni weterani opowiadali mu swoje historie. Jedni mówili o szarych, brodatych hordach nacierających wśród nieustających przekleństw i żujących tytoń z niewysłowionym męstwem; o olbrzymich masach zaciekłych żołnierzy, które przewalały się niczym Hunowie. Inni mówili o obdartych, wiecznie głodnych ludziach, którzy palili smętny proch. „Pójdą szturmem przez piekielny ogień i siarkę, żeby dorwać chlebak, a takie brzuchy długo nie wytrzymają” – mówiono mu. Pod wpływem tych opowieści młodzieniec wyobrażał sobie czerwone, żywe kości sterczące przez rozdarcia w wyblakłych mundurach.

Nie mógł jednak dać pełnej wiary opowieściom weteranów, gdyż rekruci byli ich łupem. Dużo mówili o dymie, ogniu i krwi, lecz nie umiał ocenić, ile w tym mogło być kłamstwa. Wciąż wykrzykiwali do niego „Świeży narybek!” i żadną miarą nie można było im ufać.

Teraz jednak rozumiał, że nie ma wielkiego znaczenia, z jakimi żołnierzami będzie się bił, byle tylko walczyli – a że walczyli, tego nikt nie kwestionował. Istniał poważniejszy problem. Leżał na pryczy i rozmyślał o nim. Usiłował z matematyczną ścisłością udowodnić samemu sobie, że nie ucieknie z bitwy.

Dotąd nigdy nie czuł się zmuszony zbyt poważnie zmagać się z tym pytaniem. W życiu przyjmował pewne rzeczy za oczywiste, nigdy nie podważał wiary w ostateczny sukces, a o środki i drogi mało się troszczył. Teraz jednak stanął wobec sprawy wielkiej wagi. Nagle przyszło mu do głowy, że w bitwie mógłby uciec. Musiał przyznać, że jeśli chodzi o wojnę, nic o sobie nie wie.

Jeszcze jakiś czas temu pozwoliłby temu problemowi wystawać bezczynnie przed zewnętrznymi wrotami swego umysłu, lecz teraz czuł się zmuszony poważnie się nim zająć.

W jego umyśle narastał niewielki, paniczny lęk. Gdy wyobraźnia wybiegała ku bitwie, dostrzegał straszliwe możliwości. Rozważał niebezpieczeństwa czyhające w przyszłości i na próżno próbował ujrzeć siebie, jak stoi niewzruszony pośród nich. Przypominał sobie swoje wizje chwały o strzaskanej klindze, lecz w cieniu nadciągającego zgiełku podejrzewał, że są to obrazy niemożliwe do urzeczywistnienia.

Zerwał się z pryczy i zaczął nerwowo chodzić tam i z powrotem. „Dobry Boże, co się ze mną dzieje?” – powiedział na głos.

Czuł, że w tej krytycznej chwili jego życiowe prawidła na nic się nie zdają. Cała dotychczasowa wiedza o sobie była tu bezużyteczna. Był niewiadomą. Zrozumiał, że znów będzie musiał przeprowadzać doświadczenia, tak jak we wczesnej młodości. Musiał gromadzić informacje o sobie, a tymczasem postanowił bacznie się pilnować, żeby cechy, o których nic nie wiedział, nie okryły go hańbą na zawsze. „Dobry Boże!” – powtórzył z trwogą.

Po pewnym czasie wysoki żołnierz zręcznie prześlizgnął się przez otwór. Za nim wszedł hałaśliwy szeregowiec. Kłócili się.

„No dobrze” – powiedział wysoki żołnierz, wchodząc. Wymownie machnął ręką. „Możesz mi wierzyć albo nie, jak chcesz. Masz tylko usiąść i czekać najspokojniej, jak potrafisz. Niedługo się przekonasz, że miałem rację”.

Towarzysz odpowiedział upartym pomrukiem. Przez chwilę zdawało się, że szuka miażdżącej riposty. W końcu powiedział: „No, wszystkiego na świecie przecież nie wiesz, co?”

„Nie mówiłem, że wiem wszystko na świecie” – odciął się ostro tamten. Zaczął starannie upychać rozmaite rzeczy w tornistrze.

Młodzieniec, przerwawszy nerwowe chodzenie, spojrzał w dół na zajętą pakowaniem postać. „Więc na pewno będzie bitwa, Jimie?” – spytał.

„Pewnie, że będzie” – odpowiedział wysoki żołnierz. „Pewnie, że będzie. Poczekaj tylko do jutra, a zobaczysz jedną z największych bitew, jakie świat widział. Tylko poczekaj”.

„Do pioruna!” – powiedział młodzieniec.

„O, tym razem zobaczysz walkę, mój chłopcze, prawdziwą walkę na całego” – dodał wysoki żołnierz z miną człowieka, który zaraz pokaże przyjaciołom bitwę.

„Phi!” – odezwał się hałaśliwy z kąta.

„No, pewnie z tą historią będzie tak samo jak z tamtymi” – zauważył młodzieniec.

„Wcale że nie” – odpowiedział rozdrażniony wysoki żołnierz. „Wcale że nie. Czy cała kawaleria nie wyruszyła dziś rano?” Obrzucił ich gniewnym spojrzeniem. Nikt temu nie zaprzeczył. „Kawaleria wyruszyła dziś rano” – ciągnął. „Mówią, że w obozie prawie już nie ma kawalerii. Jadą do Richmond albo gdzieś tam, a my będziemy się bić ze wszystkimi południowcami. To jakiś taki fortel. Pułk też dostał rozkazy. Przed chwilą mówił mi jeden taki, co ich widział, jak szli do kwatery głównej. A w całym obozie robią rwetes – każdy to widzi”.

„E tam!” – powiedział hałaśliwy.

Młodzieniec przez jakiś czas milczał. W końcu odezwał się do wysokiego żołnierza: „Jimie!”

„Co?”

„Jak myślisz, jak się spisze pułk?”

„Myślę, że będą się bić jak należy, jak już raz zaczną” – odparł tamten, chłodno oceniając sprawę. Wybornie posłużył się trzecią osobą. „Śmiali się z nich co niemiara, wiadomo, bo nowi i tak dalej, ale myślę, że będą się bić jak należy”.

„Myślisz, że któryś z chłopaków ucieknie?” – dopytywał się młodzieniec.

„A, paru może ucieknie, ale tacy są w każdym pułku, zwłaszcza gdy pierwszy raz idą pod ogień” – powiedział tamten z wyrozumiałością. „Wiadomo, może się zdarzyć, że cała ta gromada zerwie się i zwieje, jeśli od samego początku zacznie się ostre bicie, a może znów zostaną i będą się bić jak się patrzy. Ale za nic nie można ręczyć. Wiadomo, jeszcze nigdy nie byli pod ogniem i raczej nie pobiją całej armii rebeliantów za jednym zamachem, za pierwszym razem; ale myślę, że będą się bić lepiej od jednych, choć gorzej od drugich. Tak to sobie rachuję. Nazywają pułk «świeżym narybkiem» i jeszcze różnie, ale chłopaki pochodzą z dobrych rodzin i większość będzie się bić jak diabli, gdy już zaczną strzelać” – dodał, z wielką siłą akcentując ostatnie cztery słowa.

„A, tobie się zdaje, że wiesz –” – zaczął z pogardą hałaśliwy żołnierz.

Tamten obrócił się ku niemu z wściekłością. Wywiązała się krótka sprzeczka, w której obrzucali się nawzajem rozmaitymi osobliwymi wyzwiskami.

W końcu przerwał im młodzieniec. „A myślałeś kiedyś, Jimie, że sam możesz uciec?” – spytał. Skończywszy zdanie, zaśmiał się, jak gdyby to miał być żart. Hałaśliwy żołnierz też zachichotał.

Wysoki szeregowiec machnął ręką. „No” – powiedział z głębokim namysłem – „myślałem, że w niektórych z tych potyczek Jimowi Conklinowi może się zrobić za gorąco, a jakby cała masa chłopaków zerwała się i uciekła, to chyba i ja bym się zerwał i uciekł. A jakbym raz zaczął uciekać, to bym uciekał jak diabeł, nie ma gadania. Ale jakby wszyscy stali i walczyli, to i ja bym stał i walczył. Do licha, tak bym zrobił. Mogę się o to założyć”.

„Phi!” – powiedział hałaśliwy.

Młodzieniec z tej opowieści poczuł wdzięczność za te słowa swojego towarzysza. Obawiał się, że wszyscy nieostrzelani żołnierze odznaczają się wielką i uzasadnioną pewnością siebie. Teraz nieco się uspokoił.


Ustawienia plików cookie i prywatności

Masz kontrolę nad swoimi danymi

Dowiedz się więcej o plikach cookie, których używamy, i wybierz, na które z nich zezwalasz.

  • Te pliki cookie są niezbędne do prawidłowego działania strony. Umożliwiają między innymi logowanie i dodawanie produktów do koszyka.

  • Te pliki cookie zapisują informacje o twoich działaniach, aby dostosować stronę do ciebie podczas kolejnej wizyty.

  • My i nasi partnerzy, w tym Shopify, używamy tych plików cookie, aby optymalizować komunikację marketingową i wyświetlać ci reklamy na innych stronach internetowych.

  • Te pliki cookie pomagają nam zrozumieć, jak korzystasz ze strony. Używamy tych danych, aby określić, co możemy ulepszyć.