Rozdział 1: Dziewięćdziesiąt minut o Arthurze Pella
Miałem dwa palce pod żuchwą Artura Pella, a czubek małej szpatułki oparty na fałdzie jego prawej powieki, kiedy Nataniel Miller powiedział: „13 godzin”. Liczbę podał swojemu kubkowi. Ja dałem sali dziadka. „Najpierw nauczył mnie powiek” — powiedziałem. „Ojciec mojej matki, w Sacramento. Miał stół roboczy z takim samym rantem”. Rant znajdował się pod kciukiem mojej wolnej ręki: emalia na żelazie, odpryśnięta w czarny półksiężyc. Przed czerwcem nigdy nie widziałem stołu rzemieślnika. Powieka Artura Pella przyjęła ostrze bez skargi, a kłamstwo, wchodząc obok niego, było cieńsze od ostrza i nie pozostawiło widocznego śladu.
Pościel ściągnięto do dolnych żeber. Pierś Pella miała woskową żółć gruszki przetrzymanej dłużej niż do kolacji; rzadkie siwe włosy, zaczesane dla nas z czoła, zachowały po grzebieniu dwie wilgotne bruzdy. Drewniany blok obracał jego twarz o 3 stopnie ku mnie. Przy tym błahym nachyleniu lewy policzek ustępował grawitacji o mniej niż szerokość szpatułki, lecz właśnie „mniej” stanowiło naszą domenę. Zimny pokój o temperaturze 4°C zdążył już usztywnić taśmę wokół mojego palca wskazującego i środkowego. Pokrył też nikłym nalotem stalowy stół, na którym nasze rękawy kreśliły chwilowe ciemne podpisy i natychmiast je ścierały.
Nataniel stał za czubkiem głowy Pella, grzejąc dłonie o kubek, z którego nigdy nie pił. Jego druciane okulary chwytały świetlówki pod sufitem w dwie blade smugi. Pozostali studenci zajmowali dalsze stoły z owym wyćwiczonym bezruchem, którym dwudziestolatkowie obwieszczają, że przyjęto ich do miejsca, gdzie trudno się dostać; poruszała się tylko Rebeka Davis, i poruszała palcami. Siedziała na stole zamiast na ustawionym obok krześle, zginała po kolei każdy staw i obserwowała ścięgno przesuwające się pod brązową skórą nadgarstka. Jej kontrola trwała 42 sekundy. Wiedziałem, bo kiedyś kazała mi ją zmierzyć, po czym oznajmiła, że mierzę nie to, co trzeba.
Zanim dotknąłem Pella, Rebeka kazała mi go poznać. Artur Pell, lat sześćdziesiąt osiem, brygadzista szopy kamieniołomu w Wodospadzie Wealda; zmarł o dziewiątej poprzedniego wieczoru w szpitalu w dolinie; dwie córki, których imiona wymieniła wcześniej niż moje. Jeszcze we wtorek żył. Ten ostatni fakt, bezużyteczny dla medycyny, a dla nas nieodzowny, nadawał twarzy jej niedawną gramatykę: czoło domarszczyło się, usta dochowały swego drobnego zastrzeżenia po lewej stronie, a teraz ani czoła, ani ust nie dało się już namówić na łagodniejsze zdanie. Pracownia wymagała, by twórca znał imię dawcy, zanim położy na nim palec. Przy nalewaniu wosku imię miało zostać wypowiedziane na głos. Bezimienna postać nie miała prawa stać o dwoje drzwi dalej, choćby jej ramiona oddano z największą dokładnością.
Pozostałe wymagania cechowało schludne okrucieństwo pomiarów. Czterdziestogodzinne okno wlewowe rozpoczynało się w chwili śmierci. Po jego upływie tkanki traciły po ułamku własnej geometrii — mięknąca półka pod okiem, usta opadające niżej, niż kiedykolwiek opadły we śnie — a forma, choć wierna temu, co napotkała, stawała się portretem owego opóźnienia. Do tego dochodziło dziewięćdziesiąt minut doskonałej kontroli. Rebeka wyjaśniła mi ten przedział, owijając palce taśmą: później dłonie twórcy nadal się poruszały, czasem nawet z wdziękiem, lecz czucie przestawało tym wdziękiem rządzić. Dłoń kłamała, zanim człowiek postanowił skłamać. Podawano to jako obserwację techniczną, bo właśnie w ten sposób pracownia ukrywała całą swoją teologię.
„Fałd oczodołowy” — powiedziała Rebeka.
Poprowadziłem szpatułkę od wewnętrznego kącika ku zewnętrznemu, zbierając drobniutką pozostałość pozostawioną przez szpital, lecz ani odrobiny skóry pod nią. Ostrze było szerokie jak paznokieć mojego małego palca i giętkie na ostatnich 1/4 cala. Prowadzone zbyt płasko, ślizgało się. Zbyt pionowo — odciskało krawędź. Znalazłem kąt między tymi błędami i oczyściłem powiekę, aż gips mógł odczytać jej fałdy bez pochlebnego rozmycia wilgoci. Potem przeszedłem wzdłuż bruzdy nosowo-wargowej, gdzie utkwiło blade włókienko, i półki łuku brwiowego, gdzie tkanka wznosiła się pod moim oklejonym taśmą kciukiem, ustępując z gęstą, chłodną podatnością nieobrobionej gliny. Glina wybacza jednak próby. Pell oddawał każdy ruch jako fakt.
Po 20 minutach Nataniel oznajmił, że została godzina. Po 30 umilkł. Jego milczenie miało odcienie, które byłem już dość próżny, by słyszeć. Zaczęło się jako nadzór, zacieśniło do uwagi, a kiedy jednym pociągnięciem oczyściłem płytkie nacięcie obok nozdrza Pella, stało się brakiem poprawek. Rebeka nadal wymieniała powierzchnie. Ja nadal je opracowywałem. Kompresor pod podłogą obudził się z ciężkim, wewnętrznym stuknięciem i posłał drżenie przez wodę w misce do płukania. Moje ostrze nie dotknęło skóry.
Dary zwykle maleją w obecności świadków. Mój się doskonalił. Byłem w pracowni od czterech miesięcy i we wszystkim oprócz nazwy pozostawałem na okresie próbnym; przez te miesiące układałem mankiety, zdania i zmyślone koligacje tak, by nikt nie dostrzegł taniości ich autora. Nad Arturem Pellem żaden z tych zabiegów mi nie pomagał. Moje dłonie albo były dokładne, albo nie. Przy czole były dokładne; przy bruździe obok ust — znowu dokładne; pod żuchwą, gdzie skóra stawała się cieńsza i nieostrożny nadgarstek mógł narzucić jej własną krzywiznę — lepsze niż dokładne, bo podążałem za strukturą, której jeszcze nie umiałem wyczuć, i docierałem dokładnie tam, gdzie przebiegała. Cokolwiek jeszcze podrobiłem, ostrze nie przestawało dostarczać dowodów na moją korzyść.
W 40. minucie ostatnie 1/8 cala moich palców zamilkło. Czucie zniknęło najpierw pod paznokciami, potem cofnęło się do środkowych stawów, pozostawiając po sobie wrażenie nacisku bez umiejscowienia. Zacząłem prowadzić ruch nadgarstkiem. Wilgoć przyciemniła taśmę, poluzowała ją i zmieniła zachodzące na siebie końce w małe języczki. Rebeka zerwała pierwsze owinięcie, upuściła je na emaliowaną tacę i ponownie okleiła mi palce, podczas gdy trzymałem ramię wyciągnięte nad barkiem Pella. Powtórzyła to 12 minut później. Za drugim razem taśma odeszła tak mokra, że przylgnęła jej do knykcia. Uszczypnięciem ją odkleiła i podała mi ostrze.
„3 minuty, jeśli nadal będziesz udawał, że kciuk działa” — powiedziała.
„Cztery” — odparłem.
„Trzy”.
Zużyłem dwie i pół. Szpatułka przesuwała się od zewnętrznego kącika oka ku skroni pociągnięciami krótszymi niż ziarnko ryżu. Gdy opuszki przestały zdawać sprawę, stal dawała znać o sobie przez kość promieniową: tarcie, zwolnienie, tarcie, drobniutkie stukanie wędrujące kością aż do łokcia. To, co usunąłem, widziałem dopiero wtedy, gdy Rebeka przechylała osłoniętą lampę roboczą, a powierzchnia przechodziła z matowej w satynową. Nataniel bezgłośnie odstawił kubek. Ktoś za mną poprawił stołek, po czym uznał, że jednak nie usiądzie. Baczność, o którą zabiegałem przez całe lato, przeniosła się z mojej twarzy na dłonie. Przez chwilę, niemal nieprzyzwoicie, wolno mi było być tak dobrym, jak byłem.
Rebeka obserwowała trzy pociągnięcia przy lewej skroni Pella. „Źle ją trzymasz”.
Zwracała się do szpatułki. Mój kciuk leżał wzdłuż jej grzbietu; jej kciuk, kiedy demonstrowała chwyt w powietrzu, opierał się o nasadę i kontrolował ugięcie. Jednego chwytu uczono się u boku innego rzemieślnika. Mój można było odtworzyć z ryciny w starym podręczniku — i stamtąd właśnie go odtworzyłem. Rebeka nie zaostrzyła tego faktu w oskarżenie. Nazwała go tak, jak mogłaby nazwać temperaturę, i czekała, aż się poprawię.
Nie przesunąłem kciuka. „Mój dziadek tak robił przy swoim stole w Sacr’mento. Mówił, że wtedy ostrze się nie ślizga, jak palce wysiądą”.
Nikt nie odpowiedział. Skroń Pella czekała pode mną, miękkie trójkątne zagłębienie doskonale zdolne utrwalić jedną albo drugą wersję. Dokończyłem pociągnięcie, wytarłem ostrze o gazę i zapytałem głosem, który zazwyczaj nosiłem: „Co kosztuje praca z formami?”.
Wtedy Rebeka na mnie spojrzała. Komplementy ją nudziły; pytania o metodę budziły podejrzliwość; pytań o koszt najwyraźniej nikt jej dotąd nie zadawał. Zgięła dwa palce, których użyła przy mojej taśmie. „Najpierw czucie. Tracisz czucie drobnych różnic temperatury. Gips może być gotowy pod jednym palcem, a martwy pod następnym, i będziesz pamiętał tę różnicę, kiedy już nie zdołasz jej wyczuć”.
Zdjęła z własnego swetra suchy loczek taśmy. „Potem skóra. Odmroziny w listopadzie. Pęknięcia w lutym. Pęknięcia łapią gips, więc otwierasz je na nowo przy każdym myciu. Cztery sezony i twoje dłonie budzą się wolniej niż ty”. Mówiła nadal płasko, a Baltimore trwało nietknięte w każdej samogłosce. „Forma kosztuje tę część, której nikt nie widzi. Jeśli zejdzie jak trzeba, chwalą wosk”.
Zapytałem, ile czasu jej zostało. Pytanie było impertynenckie i szczere. Palce Rebeki wróciły do swojej sekwencji — pierwszy staw, drugi, kciuk w poprzek dłoni — podczas gdy spoglądała w namyśle na stół roboczy między nami.
„Dość, żeby skończyć Pella” — powiedziała. „Nadal źle trzymasz”.
Poprawiłem chwyt. Można opisać moje pytanie jako życzliwość, i często tak robiłem. Mniej ozdobna wersja brzmi: wiedziałem, że pytania są drzwiami, a w wieku dwudziestu lat umiałem wybrać te, przy których ktoś czekał. Jednak odpowiedź kosztowała Rebekę 4 minuty i nie dała mi żadnej użytecznej przewagi. Spoczęła między nami z bezczelną solidnością żuchwy Pella. Chciałem, by sala podziwiała moją uwagę; zamiast tego powierzono mi fakt, którego główną właściwością było to, że nie mógł nic dla mnie zrobić. Oczywiście zachowałem go jak skarb.
Poprawny chwyt bolał. Kierował opór ostrza w pasmo mięśnia, które Rebeka rozwinęła, a ja nie, i po 6 minutach mój kciuk zadrżał przy nasadzie. Opuściłem łokieć, skróciłem pociągnięcie i pracowałem tak, by drżenie nie przechodziło na stal. W kąciku ust Pella zebrała się w bruździe przezroczysta błonka. Podniosłem ją w całości. Pod spodem linia zachowała asymetrię: głębsza po lewej, po prawej urywająca się nagle. Twórca obdarzony wdziękiem mógłby ją wyrównać, sam o tym nie wiedząc. Moje ostrze podążyło za nierównością. Rebeka nic nie powiedziała. Kubek Nataniela pozostał na stole.
W 81. minucie na klatkę schodową weszły kroki. Schodziły bez pośpiechu i zatrzymały się przed drzwiami — uprzejmość, którą sala odegrała na odwrót: ludzie w środku wyprostowali się, zanim pojawił się gość. Edward Sawyer wszedł z dłońmi splecionymi za plecami. Miał na sobie grafitowy garnitur, który nosił we wrześniu, choć człowiek z września wypełniał go sobą. Teraz kołnierzyk odstawał od szyi, a materiał pod każdym ramieniem opadał zbyt czystą linią, niezakłóconą przez ciało. W sali wyszkolonej na ułamkach ciał przyjęliśmy to za kwestię krawiectwa.
Edward niczego nie dotknął. Podszedł do boku stołu i obrócił się ku mnie całym ciałem, obdarzając mnie uwagą tego rodzaju, z której młodzi mężczyźni wytwarzają sobie przeznaczenie. Jego blade oczy przesunęły się od mojego chwytu do pasma, które oczyściłem nad brwią Pella. Od czerwca przygotowywałem się na jego aprobatę, a wskutek tych przygotowań miałem w zanadrzu kilka odmian skromności. Oszczędził mi ich wszystkich.
„Postać twierdzi coś o rzeczywistym ciele” — powiedział — „i to twierdzenie musi być prawdziwe. Tutaj, na dole, posiadamy 140 lat zapisów Ashgrove: ciągłych, dokładnych i często nieuprzejmych, ponieważ dolina nigdy nie była nam winna piękna, my zaś nigdy nie mieliśmy prawa go od niej wyegzekwować. Inne sale w tej szkole zaoferują wam przynależność do idei. To jedyna sala, do której warto należeć, ponieważ ciało może nam odmówić”.
Mówił powoli, równoważąc zdania składowe, aż prawda brzmiała nie tyle jak ograniczenie, ile jak dopuszczenie do wyższego rodzaju apetytu. Przyjąłem tę tezę z chciwą powagą neofity, który już zaczął wyceniać dyspensy. Zanim przebrzmiało jego ostatnie słowo, układałem odpowiedź: coś o obowiązku, o Sacramento, może o przywileju korekty. Wciąż potrafię przytoczyć to zdanie. Jego szlif przetrwał lepiej niż większość ludzi, którzy by go wysłuchali.
„90” — powiedziała Rebeka.
Szpatułka była w połowie drogi pod zewnętrzną częścią łuku brwiowego. Zatrzymałem się. Giętki czubek ostrza przez ułamek chwili pozostał wygięty przy powierzchni, po czym wyprostował się, gdy go uniosłem i odłożyłem na tacę. Przygotowana odpowiedź zniknęła z tak nikłym oporem, że wziąłem tę stratę za dyscyplinę. Wzrok Edwarda przeszedł ku narzędziu, po czym wrócił do mnie. Nataniel podniósł kubek. Nikt nie pochwalił pracy. Pochwała sprowadziłaby ją do dobrych manier, a okrucieństwa pracowni nigdy nie były tak zwyczajne.
Rebeka pochyliła się nad Pellem i obejrzała przerwane pociągnięcie. Mogła je dokończyć w 10 sekund. Zamiast tego podciągnęła pościel do obojczyków, pozostawiając twarz odsłoniętą na następną sesję, i zapisała końcową minutę na tabliczce. Moje palce, uwolnione od ostrza, zgięły się ku dłoni i zatrzymały w połowie. Czucie wracało osobnymi jasnymi punktami, a każdy przybywał z własnym drobnym temperamentem. Pell leżał pod lampami po pracach powierzchniowych; lewa strona jego ust nadal była głębsza od prawej, a czoło pozostawało zwrócone o 3 stopnie ku pustemu miejscu, w którym stałem. Zostało mu 13 godzin.
Arkusz wydania czekał nad podestem zimnego pokoju. Poszedłem po niego z taśmą wciąż na palcach, zginając je na wełnie płaszcza, i u dołu schodów na podpoziom zastałem Henryka Huffa. Sprowadził Artura Pella godzinę przed naszą sesją i nie poszedł dalej niż do tego miejsca; czterdzieści ciał przeszło tędy przez jego ramiona, podczas gdy on zostawał za drzwiami. Miał na sobie zielony płaszcz kierowcy furgonetki, na ramionach nakrapiany pyłem gipsowym z cudzej pracy, i wniósł ze sobą zapach Kaplicy Fennów: wilgotnej gumy, mydła do balsamowania i żelazistego ciepła silnika, w którym zepsuło się ogrzewanie. Jego wielkie czerwone dłonie otarły się o uda, zanim podał mi podkładkę z klipsem.
Na formularzu widniało nazwisko Pella, godzina szpitalna i zwarty podpis Henryka nad pustym miejscem przeznaczonym dla przyjmującego członka. W jednym rogu wystawał granatowoczarny, lśniący arkusz kalki. Zanim wziąłem długopis, dotknąłem poręczy schodów.
Henryk spojrzał na moje oklejone taśmą palce, potem na twarz. „Grzegorz Lang” — powiedział moim własnym głosem: niskim, niespiesznym, z samogłoskami pochodzącymi z miejsca o 4 mile dalej w dół doliny, przywróconymi dokładnie tam, gdzie znajdowałem je jako dziecko. Jego śmiech przybył przed żartem i trwał o jedno uderzenie dłużej niż on.
To było wszystko. Nie przedstawił prośby, nie zaproponował układu, nie wymienił ceny. Sam dostarczyłem mu każdą z tych części. „Wspomnę o tobie profesorowi Sawyerowi” — powiedziałem. „Żeby pozwolił ci się przyglądać. On mnie słucha”. Edward poświęcił mojej pracy jeden akapit, a ja już przetworzyłem go we wpływy.
Oczy Henryka przesunęły się raz ku drzwiom i z powrotem. Skinął głową, wciąż się uśmiechając, i trzymał podkładkę nieruchomo, gdy podpisywałem. Nazwałem to szantażem, zanim dotarłem na najwyższy stopień; po 20 latach używałem tego słowa tak wiernie, że przybywa we wspomnieniu przed samym Henrykiem. Kalka jest mniej skłonna do współpracy. Odnotowuje kierowcę dostarczającego Artura Pella, członka, który go przyjął, i żadnego żądania między dwoma nazwiskami. W ciągu 90 sekund od chwili, gdy usłyszałem na głos własne dzieciństwo, zapłaciłem człowiekowi, który o nic mnie nie prosił.
Henryk wsunął różową kopię pod klips, jeszcze raz otarł dłonie o spodnie i poniósł moją obietnicę schodami ku rampie załadunkowej. Drzwi otworzyły się na blade światło we wnętrzu furgonetki, zamknęły i zostawiły mnie na dole, nadal z długopisem w dłoni i całą nocą na podtrzymywanie opowieści, której nikt nie zakwestionował.
