Przeczytaj pierwszy rozdział za darmo. Bez rejestracji.

Szukaj po tytule lub gatunku
Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Zobacz wszystkie książki
Otwórz lub zamknij menu
Okładka książki „Sezon balów” — autorka: Georgiana Hartwell

Bezpłatny fragment

Sezon balów

Autor: Georgiana Hartwell

Wybierz wydanie

Rozdział 1: Pęknięcie na finiszu

Dźwięk nie był głośniejszy niż stuknięcie paznokciem o kieliszek. Destiny Sanchez usłyszała go mimo rozmów przy wejściu do sali muzycznej, mimo szelestu przewracanych stron lśniących katalogów i wyćwiczonego zachwytu setki zaproszonych gości, i podniosła wzrok. Gipsowa rozeta odspoiła się od wypolerowanego sufitu. Od jednego z rzeźbionych liści biegło pęknięcie tak cienkie, że można je było wziąć za ozdobny zawijas; gdy patrzyła, szczelina poszerzyła się o grubość szpilki. Półksiężyc białego pyłu opadł na ciemny rękaw stojącego pod rozetą dżentelmena. „Proszę przesunąć się w lewo”. Destiny stanęła między nim a drzwiami. „Natychmiast, jeśli łaska”.

Dżentelmen spojrzał najpierw na rękaw, dopiero potem na nią. Dom Bellweatherów nauczył wszystkich przebywających w jego wnętrzu cenić wygląd bardziej niż konstrukcję. Mężczyzna spędził kilka przyjemnych minut, podziwiając porcelanę, którą firma Vale i Hak ustawiła na mahoniowym stole wystawowym. Towarzysząca mu dama stała za nim, z suknią uwięzioną między krzesłem a trojgiem innych gości. Nikt z nich nie rozumiał, że najładniejsza część sufitu stała się zarazem jego najniebezpieczniejszym ciężarem. Destiny podniosła głos. „Christopherze, opróżnij przejście. Odeślij wszystkich do frontowego holu i każ przynieść ten stół pod rozetę”.

Po drugiej stronie zatłoczonej sali odwrócił się Christopher Matthews. Miał na sobie stary czarny surdut i nosił go z niedbałą dystynkcją, przy której nowe surduty wydawały się pospolite, a krótko przycięte włosy odróżniały go od wszystkich starannie wystrojonych dżentelmenów w pobliżu. W jego szarych oczach przemknęło zaskoczenie, po nim zaś czujne skupienie, z jakim niegdyś słuchał Destiny, nim przyjął dziecięce wyzwanie związane z młyńskim strumieniem i deską o wątpliwej wytrzymałości. Raz spojrzał w górę, dostrzegł pęknięcie i zaczął działać. „Sala jest zamknięta — oznajmił. — Mogą państwo przenieść swój zachwyt do holu. Panie Vale, proszę zabrać wystawione partie”.

Urzędnik stojący przy ekspozycji zakrył katalog obiema dłońmi. „Mój panie, drezdeński serwis ustawiono według numerów. Jeżeli poszczególne sztuki zostaną przemieszczone, zanim pan Hook wróci…” Odpowiedziało mu kolejne suche tyknięcie. Pył nakrapiał wypolerowany blat.

Christopher zdjął wyściełaną poduszkę z pobliskiego fotela i położył ją na siedzeniu. „W takim razie pan Hook dostąpi rzadkiego przywileju ponumerowania ich dwukrotnie”. Z większym pośpiechem niż ceremoniałem zgarnął ze stołu na poduszkę filiżanki, spodki i dwie malowane figurki. Porcelana uderzyła o porcelanę. Urzędnik wydał z siebie pełen bólu dźwięk, ale na polecenie Christophera dwaj lokaje chwycili już stół za dłuższe boki. Destiny przemieszczała gości krótkimi komendami. Damy pierwsze przeszły przez drzwi, nie ku najbliższej grupie ciekawskich, lecz wzdłuż ściany i dalej, do frontowego holu. Dżentelmenów pragnących się przydać zatrudniono do odsuwania krzeseł. Ci, którzy chcieli jedynie patrzeć, odkryli, że wyciągnięte ramię hrabiego może stanowić znakomitą barierę. Dżentelmen spod rozety pozostał na miejscu, osaczony przez suknie swojej damy i narożnik ekspozycji.

„Nieście stół po skosie — powiedziała Destiny. — Najpierw lewy koniec. Nie wchodźcie pod środek”.

Jeden z lokajów usłuchał zbyt szybko. Noga stołu poślizgnęła się na wypolerowanej podłodze i niesiony mebel obrócił się ku drzwiom. Christopher przyjął dalszy narożnik na ramię. Drugi lokaj odzyskał równowagę, lecz mahoniowy stół się zakołysał; lata dźwigania aukcyjnych ekspozycji poluzowały jedno ze złączy, a na krawędzi widniała już jasna blizna w miejscu, gdzie naciskały na nią partie wystawione przez urzędnika. „Trzymać”. Destiny porwała katalog z opuszczonego krzesła, złożyła go dwukrotnie i czubkiem pantofla wsunęła pod krótszą nogę. „Christopherze, weź przeciwległy narożnik. Nie podnoś, dopóki nie policzę”.

Na dźwięk własnego imienia wypowiedzianego przed połową Londynu drgnęły mu usta, choć rozbawienie musiało ustąpić pierwszeństwa ocaleniu. Wsunął ramię pod krawędź stołu. „Zawsze zachowywałaś uprzejmość na nagłe wypadki”.

„Raz”. Destiny zwróciła się do uwięzionego dżentelmena. „Proszę trzymać się plecami do ściany. Kiedy dam znak, zrobi pan dwa kroki w bok. Pańska dama pójdzie za panem po prawej”.

„Panno Sanchez, zdaje się, że to coś wciąż jest przymocowane”.

„Na tym właśnie polega obecna trudność”.

„Dwa” — powiedział Christopher i stół uniósł się o pół cala.

Złożony katalog rozpłaszczył się pod nogą. Destiny chwyciła dżentelmena za rękaw, przeprowadziła go bokiem, a potem uwolniła tren damy ze szczebla krzesła. Nad nimi pęknięcie przecięło rozetę i niczym ciemna nić pobiegło ku gzymsowi. Malowana powierzchnia wybrzuszyła się w dół. Został czas na dwa ostrożne kroki, może trzy; budynki, w przeciwieństwie do przerażonych ludzi, rzadko dawały więcej czasu tylko dlatego, że grzecznie je o to proszono. „Teraz”.

Para ruszyła wzdłuż ściany. Lokaje zaparli się mocniej. Christopher nacisnął na niestabilny narożnik, a Destiny przekroczyła linię zagrożenia, gdy tylko ostatnia fałda jedwabiu damy znalazła się poza nią. Rozeta runęła.

Uderzyła w stół z hukiem, który uciszył całą frontową część domu. Mahoń wierzgnął pod ramieniem Christophera. Biała masa rozpadła się na blacie, a ciężkie odłamki odbiły się ku wyściełanemu fotelowi, gdzie drezdeńskie filiżanki pękły pośród własnych malowanych kwiatów. Jeden kawałek zawadził o krawędź stołu i zawirował po podłodze, nim zatrzymał się przy pantoflu Destiny. Z drugiego pęknięcia odpadł wąski pas przy gzymsie, lecz lokaje nie ruszyli się z miejsca, dopóki nie ucichł ostatni stuk. Nikt nie leżał pod gruzem. Uratowany dżentelmen zyskał biały rękaw i minę człowieka, który odkrył, że dobre wychowanie zapewnia jedynie ograniczoną ochronę przed siłą ciążenia. Jego dama ściskała go za ramię, nietknięta. Christopher wyprostował się powoli; gips pobielił jedno ramię jego surduta, a poluzowane złącze stołu rozwarło się w trwałą szczelinę. Porcelana w fotelu zmieniła się w odłamki zbyt małe, by jakikolwiek urzędnik mógł je ponumerować. „Jesteś ranny?” — spytała Destiny.

„Jedynie jako gospodarz”. Christopher spojrzał na szczątki. „I być może jako miłośnik drezdeńskiej porcelany”.

Urzędnik firmy Vale i Hak przecisnął się przez drzwi. „Te sztuki były skatalogowane”.

„W takim razie ich utrata będzie wyjątkowo dobrze udokumentowana” — odparł Christopher.

Z holu dobiegł śmiech, z początku niepewny, potem pełen ulgi. Groził powrotem gości. Destiny stanęła na progu sali muzycznej i wyciągnęła rękę. „Proszę pozostać na miejscu. Rozwarstwienie sufitu sięga dalej niż pierwsze pęknięcie”.

To oświadczenie zdusiło śmiech. Skierowało też ku niej wszystkie pobliskie spojrzenia. W Domu Sancheza Destiny nauczyła się odróżniać nieszkodliwe pęknięcie skurczowe od tynku odspajającego się pod własnym ciężarem; uczyła się tego, podczas gdy służba czekała, rachunki się piętrzyły, a Thomas zbierał pochwały za zapobieżenie zawaleniu sufitu. Taką wiedzę można było podziwiać u zarządcy, tolerować u gospodyni i uważać za godną ubolewania u niezamężnej kobiety. Tymczasem złamana krawędź nad Christopherem odsłaniała teraz brunatny przypływ pod wypolerowaną bielą wykończenia, a sposobność do ukrycia problemu już przepadła. Podążył za jej spojrzeniem. „Wilgoć?”

„Stara, a przy zewnętrznej krawędzi także świeża. Rozeta wytrzymała dłużej niż otaczająca ją powierzchnia. Dlatego pęknięcie przenosiło obciążenie, zamiast jedynie się rozwierać”. Nie dotykała wiszącego tynku. Dotknięcie nie dowiodłoby niczego, czego podłoga nie dowiodła już większym kosztem. „Nikt nie przejdzie pod tym sufitem, dopóki odspojona połać nie zostanie zdjęta, a gzyms sprawdzony od góry”.

Z frontowego holu wszedł barczysty mężczyzna ze srebrną odznaką firmy Vale i Hak w klapie. Zapewne pan Vale, uznała Destiny, ponieważ jego urzędnik patrzył na niego z nadzieją właściwą podwładnym, którzy właśnie ujrzeli, jak cenna ekspozycja zmienia się w gruz. Mężczyzna obejrzał kolejno sufit, zniszczone partie i słuchaczy za drzwiami — dokładnie w tej kolejności. „Przeniesiemy pokaz do salonu, mój panie — powiedział. — Kotara zawieszona przed tymi drzwiami zasłoni zniszczenia. Pracę dopasowaną można wystawić na podstawie tablic katalogowych”.

Destiny zwróciła się ku Christopherowi. W świetle prawa wybór należał do niego, lecz jego konsekwencje przypadłyby wierzycielom. Dom Bellweatherów otwarto na Wyprzedaż Bellweather, ponieważ Posiadłość Mateusza potrzebowała pieniędzy, a termin usunięcia sprzedanych elementów wyznaczono na dwadzieścia jeden dni po aukcyjnym pokazie. Kotara mogła ocalić jedno popołudnie. Pozwoliłaby również ekipie robotników przystąpić do demontażu malowanego tynku, rzeźbionego drewna i wilgotnego podłoża w takiej kolejności, w jakiej katalog sprzedaży akurat je wymieniał. „Jeżeli pan to ukryje — powiedziała — sprzeda pan obietnice, których nie da się wszystkich usunąć w całości. Robotnicy pierwszego nabywcy przetną wszystko, co zagradza dostęp do jego partii. Drugi nabywca odkryje, że jego zakup stracił wsparcie, a trzeci zapłaci za wywiezienie wilgoci”.

Brwi pana Vale’a uniosły się. „Panna Sanchez wykazuje niezwykłą pewność w kwestii prac demontażowych”.

„Panna Sanchez właśnie oszczędziła pańskiemu wspólnikowi konieczności wyjaśniania obecności zmiażdżonego gościa obok ponumerowanej filiżanki — powiedział Christopher. — Radzę panu cieszyć się jej pewnością”.

Te słowa chroniły ją za cenę zwrócenia na nią uwagi. Destiny złożyła wachlarz, aż jego żeberka zetknęły się z ostrym trzaskiem. „Ruchome partie można nadal wystawiać gdzie indziej. Wyposażone wnętrza wymagają pomiarów, oceny stanu, sekwencji uwalniania oraz ustalenia suchego transportu, zanim dotknie ich jakiekolwiek narzędzie. W przeciwnym razie pański katalog poprawi wygląd sprzedaży, jednocześnie obniżając jej wartość”.

Pan Vale przeniósł wzrok z niej na Christophera, a bywają mężczyźni zdolni obliczyć koszt skandalu szybciej niż prowizję. „Dam gościom dziesięć minut w salonie. Potem, mój panie, będą oczekiwali wyjaśnienia”.

„Proszę przyodziać prawdę w najlepszy surdut — powiedział Christopher. — Spadła niebezpieczna ozdoba, nikt nie ucierpiał, a sprzedaż trwa”.

Pan Vale odszedł, by przykroić tę prawdę. Urzędnik podążył za nim, niosąc wyściełany fotel pełen potłuczonej porcelany z powagą właściwą pogrzebowej tacy. Lokaje odsunęli pozostałe meble od ścian sali muzycznej, a towarzystwo powędrowało ku nowym obiektom pożądania. W ciągu kilku minut komnata, jeszcze niedawno zatłoczona jedwabiami, katalogami i rzeczoznawcami, stała się pustą przestrzenią, zakłóconą jedynie przez pokiereszowany stół i białe rumowisko pod otwartym sufitem. Christopher zamknął jedne drzwi, lecz drugie pozostawił szeroko otwarte na hol. „Jakiej ceny oczekujesz za nadanie mojej ruinie pozorów przyzwoitości?”

Destiny spojrzała na niego. Pod pyłem i kpiną osiadło wokół jego oczu napięcie. Wrócił do Londynu z zamiarem sprzedania każdej wartościowej części domu, spłacenia tego, czego nie spłacił jego ojciec, i wyjazdu, zanim Bellweather zdoła ponownie go przykuć. Mówił o ruinie lekko, ponieważ inaczej musiałby przyznać, że to ona przemówiła pierwsza. „Nie przyzwoitości — odparła. — Dokładności”.

„Drżę przed tą różnicą”.

„I słusznie. Przyzwoitość wymaga kotar. Dokładność wymaga dostępu”.

Oparł się o rzeźbioną ścianę, której jego ojciec niegdyś zabraniał dzieciom dotykać. Poza była niedbała; uwaga Christophera — precyzyjna. „Oto i ona. Zastanawiałem się, czy Londyn udoskonalił cię nie do poznania”.

„Londyn miał całe lata, żeby próbować”. Destiny ponownie otworzyła wachlarz, choć na papierze pozostała smuga pyłu z sufitu. „Courtney ma nieużywaną nieruchomość w Spitalfields. Niegdyś mieścił się tam magazyn odlewni. Zamierzam urządzić w nim subskrybowane sale zgromadzeń”.

Tym razem odpowiedź Christophera nie nadeszła w stosownej chwili. Destiny ciągnęła dalej, zanim zdziwienie mogło zmienić się w życzliwość. „Pokoje odlewnicze potrzebują ścianek działowych, płyt akustycznych, drzwi gospodarczych, odcinków doprawionego drewna — materiałów już obrobionych i niepotrzebnych tam, gdzie obecnie się znajdują. Nie stać mnie na modne partie. Stać mnie na przeoczone, na uszkodzone odcinki oraz solidne elementy, których pierwszy nabywca nie chce ze względu na ich przeszłość”.

„A więc przyszłaś na moją sprzedaż w poszukiwaniu pięknych sierot”.

„Przyszłam sprawdzić, czy twój katalog mówi prawdę. Nie mówi”.

„Zawsze wiedziałaś, jak zalecać się do mężczyzny”.

„W takim razie słuchaj uważnie. Przeprowadzę oględziny wyposażonych wnętrz i przygotuję Książkę ankiet. Twój dom aukcyjny otrzyma pomiary, opis stanu, kolejność demontażu i wymagania transportowe, od których zależy uczciwa wartość. W zamian otrzymam dostęp do każdego zbadanego pomieszczenia oraz pierwszeństwo wyboru spośród elementów, na które będzie mnie stać do Pokojów odlewniczych”.

Christopher odsunął się od ściany. „Pierwszeństwo wyboru za jaką cenę?”

„Za cenę odnotowaną dla stanu, w jakim znajduje się materiał. Bez przyjacielskich obniżek. Bez prezentów. Vale i Hak mogą wycenić to, co wskutek mojego wyboru zniknie ze sprzedaży, a ty możesz odmówić, zanim wybór zostanie wpisany do zamówienia”.

„Proponujesz mi lepsze katalogi, a mnie pozostawiasz przywilej rozczarowania ciebie”.

„Właściciel powinien zachować przynajmniej jeden przywilej”.

„Moi wierzyciele zatrzymali większość moich”. Spojrzał na wilgotny wyłom w suficie. „Będziesz potrzebowała pomiarów wykonanych przez robotnika”.

„Wykorzystam je”.

„I robotniczej swobody wchodzenia do domu kawalera”. Oto przeszkoda, której żadne z nich nie mogło zaklinować złożonym katalogiem. Jedną wizytę podczas zatłoczonego pokazu dałoby się nazwać ciekawością. Powtarzające się wizyty wśród urzędników i robotników zyskałyby inną nazwę, a ta należałaby nie tyle do Destiny, ile do wszystkich, którzy by ją powtarzali. Jej rodzina polegała na tej samej reputacji, która czyniła użyteczną wiedzę Destiny czymś niestosownym. Thomas uznałby rozkład Bellweather za zagrożenie; Christophera, ze znacznie większą słusznością, uznałby za drugie. Przez otwarte drzwi zbliżały się głosy. Z salonu wracało dwoje gości: dama w liliowej sukni i młody mężczyzna z dwoma katalogami, oboje zdecydowani jeszcze raz obejrzeć rumowisko. Zatrzymali się, ujrzawszy Destiny i Christophera samych w opróżnionej komnacie. Christopher stał dość blisko, by słyszeć jej ściszony głos; ona zwracała się ku niemu, przyciskając złożony wachlarz do dłoni. Za nimi potłuczony gips pokrywał stół, a drzwi sali muzycznej za ich plecami wydawały się zamknięte każdemu, kto nie miał ochoty przyjrzeć się zawiasom.

„Nie powinniśmy przeszkadzać” — powiedział młody człowiek głosem doskonale obliczonym na to, by go usłyszano.

„Przyjaźń z dzieciństwa stanowi tak czuły fundament — odpowiedziała dama. — A jego lordowska mość nareszcie wrócił”.

Wycofali się z pośpiechem ludzi pragnących ocalić nieporozumienie przez podzielenie się nim z innymi. Christopher patrzył na drzwi. „Mogę temu zaprzeczyć”.

„A czemu zamierzasz zaprzeczyć?”

„Temu, że sprowadziłem cię do pustej sali, żeby oświadczyć ci się nad potłuczonym serwisem do herbaty”.

„Znakomicie. Wtedy cały Londyn zapamięta jedynie, że byłam sama w twoim domu i wydawałam polecenia ludziom z domu aukcyjnego”. Destiny raz stuknęła złożonym wachlarzem w dłoń. Pęknięcie uczyniło jej kompetencję publiczną; szept dostarczył akceptowalnego wyjaśnienia. Towarzystwo podsunęło jej kłamstwo, ponieważ wolało romans od kobiety z pomiarami. Odrzucenie tak użytecznej zniewagi byłoby marnotrawstwem.

Christopher przyglądał się jej twarzy. Jego oczy zawsze dochodziły do niebezpiecznych wniosków na chwilę przed jego manierami. „Destiny”.

„Potrzebujesz dla tej sprzedaży przemyślanej opowieści. Mężczyzna, który z konieczności ogołaca własne dziedzictwo, budzi litość, a litość wyczuwa dług, zanim pokażą się rachunki. Mężczyzna, który robi to przed ślubem, wydaje się stanowczy. Być może ekscentryczny, ale twoja ranga przetrwała już gorsze rzeczy”.

„A ty?”

„Twoje pozorne starania pozwolą mi tu wracać. Moja pozorna przychylność może przypomnieć innym dżentelmenom, że rozsądne kobiety nie pozostają dostępne na zawsze”.

„A zatem ja ratuję swoją sprzedaż, ty ratujesz swoje widoki na małżeństwo, a między tymi szlachetnymi przedsięwzięciami mierzymy gzymsy”.

„Ja uratowałam twojego gościa. Ty przesunąłeś stół”.

Roześmiał się krótko i ciepło — stary dźwięk w odmienionej sali. „Oto i ona znowu”. Destiny wytrzymała jego spojrzenie. Ich dziecięca swoboda nie kosztowała niegdyś niczego poza mokrymi butami i dezaprobatą. W wieku dwudziestu pięciu lat nie miała ani majątku, który pozwoliłby jej lekceważyć towarzystwo, ani niewinności potrzebnej, by pomylić przedstawienie z bezpieczeństwem. Dwudziestodziewięcioletni Christopher wrócił z długami przywiązanymi do nazwiska i wyjazdem już wpisanym w plany. Udawane zaloty mogły kupić im dostęp i czas. Mogły też nauczyć każdego obserwatora nazywać jej pracę jego kaprysem.

„Moje warunki — powiedziała. — Książka ankiet należy do przedsięwzięcia i pozostaje na niej moje nazwisko. Nigdy nie nazwiesz wybranego materiału prezentem. Uzgadniamy publiczne wystąpienia; żadne z nas nie wymyśla prywatnych obietnic. Każde może zakończyć przedstawienie, lecz zapisane już warunki oględzin pozostają w mocy”.

„Negocjujesz romans z czułością właściwą umowie przewozowej”.

„Czy twoje umowy przewozowe chronią przed deszczem?”

„Lepiej niż ten dach”. Christopher spojrzał w górę, po czym skłonił się przed nią bez śladu drwiny. „Przyjmuję zaloty i oględziny, pod warunkiem jednego dowodu”.

„Jakiego?”

„Pokaż mi, że chcesz od Bellweather czegoś poza przyjemnością uratowania mnie przed zakłopotaniem”. Destiny przeszła przez opróżnioną salę. Długi rzeźbiony panel sali muzycznej ciągnął się od zasłoniętych okien ku obudowie kominka; jego wąskie łuki i liście wycięto w doprawionym drewnie, później pokrytym warstwą jasnej farby. Uszkodzenie sufitu odsłoniło wilgoć na jednym końcu, lecz dolna powierzchnia zachowała prostą linię. W szerokiej sali Odlewni panel mógłby oddzielić muzyków od ruchu obsługi, nie zamykając żadnej z tras. Był cenny. Wciąż należał jednak do Christophera, wbudowany w dom, którego długi miały pierwszeństwo do każdej pięknej powierzchni. Destiny wyjęła z torebki papierowe zawiniątko nie dłuższe od jej najmniejszego palca. Tego ranka Niebieska Kreda posłużyła do oznaczenia próbnych pomiarów w Odlewni; mimo całej jej staranności ślad pozostał pod jednym paznokciem. Rozwinęła kawałek kredy, przyłożyła go bokiem do malowanej rzeźby i nakreśliła krótką niebieską linię w miejscu, gdzie łuk stykał się z liściem.

Christopher stanął obok niej. Jego rozbawienie zgasło, gdy przeniósł wzrok ze znaku na długość ściany. Wiedział o salach aukcyjnych dość, by rozpoznać kosztowny przedmiot, zanim pan Vale poda cenę. „Niebieski oznacza przeznaczenie do ponownego użycia w Odlewni — powiedziała Destiny. — Wyznacza kierunek oględzin i pracy. Nie jest prezentem, przeniesieniem własności ani obietnicą, że zdołam zapłacić żądaną cenę. Vale i Hak muszą wycenić panel oraz konsekwencje jego uwolnienia. Dopóki zamówienie nie zostanie zapisane, nadal możesz go sprzedać”.

„Wybierasz skromne początki”.

„Wybieram użyteczne”. Zawinęła pozostałą kredę w papier. „Zostawisz ten znak?” Za drzwiami uratowani goście wznowili rozmowę, a kolejne wyjaśnienie wydarzeń w Bellweather przechodziło już z ust do ust. Christopher spojrzał najpierw w stronę tych głosów, potem na rozbity sufit, a wreszcie na niebieską linię na cennym panelu. Następnie wezwał pana Vale’a z powrotem do sali muzycznej i pozostawił znak tam, gdzie każda wycena musiała się z nim liczyć.