Przeczytaj pierwszy rozdział za darmo. Bez rejestracji.

Szukaj po tytule lub gatunku
Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Zobacz wszystkie książki
Otwórz lub zamknij menu
Okładka książki „Nikt nie porusza się sam” autorstwa A. R. Voss

Bezpłatny fragment

Nikt nie porusza się sam

Autor: A. R. Voss

Wybierz wydanie

Rozdział 1: Niewłaściwy dół

Mocowanie ładunku pękło, kiedy Thomas Harris stał w przedziale „Ładunek rufowy mówił”, z dwoma opuszkami przyciśniętymi do ściany, i był w połowie zdania do dziennika produkcji. W jednej sekundzie pulsujące światła robocze kładły pasy na jego szarym fartuchu i stojącej obok zwartej palecie. W następnej klamra przemknęła z trzaskiem koło jego ucha, a paleta wystrzeliła przez zakrzywiony pokład.

Widoczny dół przesunął się razem z nią. Thomas zdążył powiedzieć: „No daj spokój”, urażonym tonem człowieka, któremu toster spalił ostatnią kromkę chleba. Potem jego buty poślizgnęły się w bok. Szyna narzędziowa uderzyła go tak mocno, że jej zaokrąglona krawędź wbiła mu się pod żebra. Rejestrator oderwał się od fartucha, zatoczył łuk na przewodzie i grzmotnął go w podbródek. Po drugiej stronie sektora paleta uderzyła w szynę ładunkową. Jej kompozytowy pomost zadudnił. Rząd unieruchomionych nasadek podskoczył w pętlach mocujących, a wszystkie pętle pociągnęły w tę samą niewłaściwą stronę.

Głęboko we wnętrzu statku „Dolina Asterów” coś znacznie większego uderzyło jeden raz.

Cios dotarł przez lewą dłoń Thomasa. Ciało, stara blizna od ucisku, aluminiowa ściana, statek: przez jedną czystą chwilę utworzyły jeden wadliwy instrument. Uderzenie kołnierza miało niski ton, który poczuł w zębach trzonowych, i wysoki, od którego światła robocze zgasły na mgnienie. Kiedy wróciły, pulsowały bursztynowo, a przerwy między rozbłyskami wyglądały na dość głębokie, by można było w nie spaść. Rejestrator nadal działał. „Usuń ostatnie 6 sekund” — powiedział Thomas.

Urządzenie odpowiedziało mu ćwierknięciem. „Dobrze. Zachowaj je. Dziennik produkcji, rozkręcanie do powrotu. Mamy uwolnioną paletę ładunkową i…” Podłoga przetoczyła się o kolejny ułamek pod jego biodrem. „…nieplanowaną zmianę lokalnego dołu”.

Statek rozpędzał się do 2,4 obrotu na minutę, łagodnego obrotu powrotnego, który miał ponieść „Mars Trzy” przez honorową rundę misji „Misja powrotu do domu”. Pozostało 86 dni. Powietrze, żywność, próbki, napęd, 4 osoby na pokładzie — wszystko było nienaruszone i zmierzało ku Ziemi. Thomas spędził ranek na wykonywaniu zastępczej osłony zatrzasku, bo konserwacja była uczciwą pracą, a przemowy o zwycięstwie nie. 3 minuty wcześniej Dakota zadzwoniła, by powiedzieć, że schowała jego dobrą herbatę, zanim Kyle zdążył ją ulepszyć. Pewne rodzaje kłopotów zapraszało się na pokład, bo inaczej ludzie stawali się nie do zniesienia. To nie był jeden z nich.

Wyświetlacz równowagi nad otwartym przejściem promieniowym ożywał fragmentami. Najpierw zarys statku. Potem czerwony pierścień. Następnie ślad osi, jaskrawozielony robak zastygły przy zewnętrznej granicy. Thomas zmrużył oczy, przekładając kolor i odległość na geometrię, którą jego ciało już rozumiało. Ślad dzieliło od granicy mniej niż szerokość opuszka. Pod nim pojawiły się tępe białe litery: AKTYWNA KOREKCJA NIEDOSTĘPNA. „Thomas”. Głos Deborah dotarł do niego z urwanym cyfrowym ogonem, jakby uszkodzona magistrala łączności chciała zachować dla siebie ostatnią cząstkę każdego słowa. „Co się przesunęło?”

Przycisnął dłoń do żeber i znalazł ból, ostry, lecz zwarty. Zwarty ból mógł poczekać. „Paleta ładunkowa. Rufowa szprycha. Awaria mocowania podczas rozkręcania. Kołnierz raz uderzył w obudowę. Ślad działa, ale korekcji już nie ma”.

Deborah pozwoliła ciszy trwać przez 2 sekundy. Była w tym dobra. Większość ludzi spieszyła się, by wypełnić ciszę, zwłaszcza na pętli łączności. Deborah zostawiała ją w spokoju, dopóki nie wyczołgał się z niej użyteczny fakt. „Paleta nadal się porusza?”

Thomas obserwował ją przez 2 bursztynowe impulsy. Paleta zaklinowała się przodem pod szyną na przeciwległym łuku. Leżał pod nią jeden zerwany pas mocujący. Ocalały zatrzask tykał za każdym razem, gdy pokład się uginał. „Na razie się zatrzymała”.

„Twoje położenie?”

Spojrzał przez otwartą szprychę. Po drugiej stronie czekał czerwony wyłącznik awaryjny, zamontowany na wysokości pasa obok lokalnej szafy telemetrycznej. Był chyba najbrzydszym przełącznikiem na statku „Dolina Asterów”: kwadratowa łopatka pod przezroczystą osłoną, zaprojektowana tak, by przerażony człowiek w rękawicach mógł w nią uderzyć. Thomas leżał 8 metrów dalej, a między nim a wyłącznikiem rozciągał się tylko pusty pokład. Zanim paleta się przesunęła, 8 metrów było zwykłą odległością w korytarzu. Teraz stało się geografią. „Jestem po niewłaściwej stronie wyłącznika” — powiedział. „Nikt się nie rusza. Deborah, niech to dotyczy całego statku. Nikt nie przesuwa nawet stopy”.

„Trzymajcie pozycje, wszystkie stanowiska” — powiedziała Deborah niskim, równym głosem. „Dakota, raport”.

„Wejście do sekcji Akord Szklarni. Siedzę i zamierzam pozostać wzorową pacjentką”. Mimo opóźnienia Dakota brzmiała, jakby była blisko, przez co Thomas zapragnął odpowiedzieć jej dawnym, swobodnym tonem. Nie zrobił tego. Nawet poruszenie szczęką przypominało wpisanie liczby do niewłaściwej kolumny. „U mnie bez obrażeń”.

„Kyle?” — zapytała Deborah.

Zakłócenia szarpały kanał. Potem Kyle powiedział: „Sekcja przykładowy akord. Szafa wybrzuszyła się w poprzek przejścia. Jestem poza jej zasięgiem. Plomby archiwum są zielone”.

„Pozostań poza zasięgiem, nie przemieszczając się” — powiedziała Deborah. „Jestem w przednim akordzie powrotnym. Thomas, znasz położenie całej czwórki. Podaj następne bezpieczne działanie”.

To było zaufanie, które przybyło pół minuty przed odpowiedzią i właśnie dlatego było niebezpieczne. Thomas obrócił się na jedno kolano. Nowy dół ciągnął w stronę palety, zamieniając znajomy skrawek pokładu w łagodną pochylnię. Luźna nasadka naparła na pętlę mocującą, odpuściła, po czym naparła ponownie. Kołnierz przejął duże odchylenie i wyłączył się, pozostawiając statek przekrzywiony. Żaden automat nie miał po nim posprzątać. Paleta trwała w miejscu. Wadliwa geometria również.

Dotknął ściany dwoma palcami. Aluminiowe poszycie przenosiło terkot pomp, drżenie wentylatorów i słabe, powtarzające się tykanie zatrzasku palety. Zwyczajne odgłosy statku. Na tym polegała podłość sytuacji. „Dolina Asterów” wciąż brzmiała jak żywy statek. „Muszę sprawdzić przemieszczenie” — powiedział.

„Czym?” — zapytała Deborah.

„Sobą. Niewielkie”.

Dakota wtrąciła się: „Zdefiniuj niewielkie, Thomas”.

Prawie się uśmiechnął. Zawsze kazała mu nazwać to, co chciał pozostawić nieokreślone. „Jedno kolano. 2 centymetry wzdłuż akordu. Dłonie nieruchomo”.

„Czego się spodziewasz?” — zapytała Deborah.

„Spodziewam się ustalić, w którą stronę jest gorzej”.

Nikt nie wyraził zgody. Nikt nie miał lepszej próby. Thomas oparł mocno obie dłonie i przesunął prawe kolano w stronę wyłącznika. Poruszył nim o szerokość paznokcia kciuka. Ślad osi zaczął pełznąć na zewnątrz.

W tej samej chwili dół skręcił pod nim. Prawe ramię opadło. Nasadka na szynie narzędziowej uniosła się na pętli i wydała jasne, ciche brzęknięcie. Tak brzmiała łyżeczka uderzająca o kubek — domowo i nieszkodliwie — tyle że nie było żadnego kubka, a nieszkodliwość właśnie opuściła statek. „Zatrzymaj się” — powiedziała Deborah.

Już się zatrzymał. Pot stygł pod paskami fartucha. Zielony ślad znajdował się teraz bliżej czerwonej granicy, a dzieląca je odległość wyglądała groźniej niż jakakolwiek liczba. 4 centymetry wyznaczały całą otoczkę. Jego kolano zużyło widoczną jej część.

Thomas ostrożnie cofnął kolano tą samą drogą. Ślad wracał etapami. Wraz z nim uspokajał się pokład. „Moja trasa pcha oś ku obudowie” — powiedział. „Dość szybko, by kołnierz przyjął kolejne uderzenie, zanim odpowiedziałby bank pęcherza”.

„Więc nie przechodzisz” — powiedziała Deborah.

„Więc nie dosięgam wyłącznika”.

„Rozumiem kształt problemu”. Jej głos pozostał opanowany. „Daj mi inny kształt”.

Torba narzędziowa wisiała na haku przy jego lewym łokciu. Szary materiał, żółty zamek błyskawiczny, czarna plama smaru w jednym rogu. Dakota naprawiła jej uchwyt niebieską taśmą medyczną, gdy Thomas przeciążył ją końcówkami dynamometrycznymi, a naprawa stała się ich stałym żartem. MEDYCYNA POLOWA — napisała na taśmie. Odpiął torbę, nie unosząc bioder. W środku były ręczne wkrętaki, ceramiczne przecinaki, rozładowany pakiet akumulatorów, który zamierzał odbudować, 2 komplety nasadek i małe szczypce Knipex, które Kyle ciągle kradł. Może 7 kilogramów. Za mało wobec 79 kilogramów Thomasa, lecz właśnie czegoś małego potrzebował do następnej próby.

Wyciągnął z fartucha zwiniętą linkę sprzętową i przypiął jeden koniec do torby. Drugi owinął wokół szyny ładunkowej za swoim nadgarstkiem. Wypuścił pół metra linki i położył torbę na pokładzie po stronie przeciwnej do wyłącznika. „Ta sama próba” — powiedział. „Tym razem torba pojedzie w stronę przeciwną do mojej trasy”.

„Twoje ciało pozostaje nieruchome” — powiedziała Deborah.

„Tak”.

„Zrób to”.

Thomas popchnął torbę 2 palcami. Przesunęła się o 10 centymetrów w stronę zaklinowanej palety. Zielony robak na wyświetlaczu kurczył się w tym samym powolnym rytmie. Niewiele. Wystarczająco. Thomas przyciągnął torbę z powrotem, ponownie ją odesłał i patrzył, jak reakcja się powtarza. Pchnięcie, zwężenie. Pociągnięcie, rozszerzenie. Statek odpowiadał bez wahania. Odpowiadał na przedmiot inaczej, ponieważ przedmiot przemieszczał się przeciwnie do trasy, której potrzebowało ciało Thomasa.

Thomas wyobraził sobie wózek sklepowy odjeżdżający w jedną stronę, gdy klient robi krok ku zupie w puszce. Wyobraził sobie Dakotę mówiącą, że każde wyjaśnienie z zupą w puszce powinno obejmować obiad. Ta myśl zabolała w miejscu, którego szyna ładunkowa nie dotknęła. „Mam kierunek” — powiedział.

„Masz torbę narzędziową” — powiedziała Deborah. „To nie są równoważne stwierdzenia”.

„Nie. Torba jest lekka”.

W pobliżu zakotwiczonego końca zerwanego pasa stała oddzielna metalowa sprawa serwisowa zawierająca zapasowe bloki wrzeciona do stołu produkcyjnego. Gęsto upakowane części w stalowej osłonie, przewożone nisko i mocno przypięte, bo masa miała dobre maniery, kiedy ludzie jej je narzucali. Gdy paleta przeleciała przez pokład, sprawa pozostała na swoich uchwytach podłogowych. Thomas mógł dosięgnąć jej uchwytu z klęczącej pozycji. Sięganie też było ruchem, więc przedłużył linkę narzędziową, zaczepił uchwyt małą kotwiczką i przyciągał sprawę do siebie po jednej szerokości dłoni. Każde pociągnięcie przesuwało ślad w niewłaściwą stronę. Każde kompensujące odsunięcie torby narzędziowej sprowadzało go z powrotem. „Powiedz mi, zanim ślad się zmieni” — poleciła Deborah.

„Sprawa do mnie na trzy. Torba ode mnie w tej samej chwili”.

Odliczył. Pociągnął. Popchnął. Ślad zachwiał się w obrębie jednej działki wyświetlacza. Jeszcze raz. Sprawa dotarła do jego kolana. Przewlókł linkę przez oba uchwyty, łącząc torbę narzędziową ze stalową sprawą, i zacisnął węzeł, aż się wgryzł. Brzydkie połączenie miało jedną użyteczną zaletę: ważyło wystarczająco dużo, by się z nim spierać.

Thomas ułożył trasę w głowie. Miał poruszać się w stronę wyłącznika, jednocześnie pchając obciążoną sprawę w przeciwnym kierunku po zakrzywionym sektorze. W tej samej chwili, przeciwne kierunki, dopasowany moment obrotowy. Promień zmieniał się w poprzek szprychy, co oznaczało, że sama odległość będzie kłamać. Zaznaczył pozycje paskami oderwanymi z niebieskiej taśmy na torbie: jeden przy lewej dłoni, jeden pod sprawą, a dalej kolejne pary znaczników na obu trasach. Tanie niebieskie kreski na statku wartym miliard dolarów. Ufał im bardziej niż unieruchomionemu systemowi korekcji. „Deborah, mogę przejść”.

Dakota powiedziała: „»Mogę« i »powinienem« właśnie się tutaj kłócą”.

„Wiem”.

„Naprawdę?”

Spojrzał na wyłącznik. „Zatrzask palety nadal tyka. Jeśli puści do końca, nastąpi następne przesunięcie ładunku przy niedostępnej aktywnej korekcji. Mogę odizolować szprychę i złapać magistralę mocowań z przeciwległej szafy. Pozostanie tutaj też jest wyborem”.

Następne pytanie Deborah nadeszło, gdy cyfrowy ogon transmisji już ucichł. „Co zatrzyma ciebie, jeśli sprawa się zatrzyma?”

„Ja sam”.

„Ta odpowiedź wymaga dopracowania”.

„Linka wokół prawego przedramienia, lewa dłoń na szynie podłogowej. Poruszam się po jednym znaczniku. Jeśli sprawa utknie, usztywniam ramię i padam płasko”.

„A jeśli twoje ramię minie swój znacznik?”

„Ślad dotrze do granicy”.

Oto prawda. Dostatecznie jasna dla wszystkich. Deborah powiedziała: „Kyle i Dakota, pozostańcie nieruchomo. Thomas Harris, posuwaj się po jednym znaczniku. Zgłaszaj każde zatrzymanie”.

Doceniał użycie pełnego imienia i nazwiska. Nienawidził tego, że było potrzebne.

Thomas ustawił sprawę na pierwszej niebieskiej kresce. Torba narzędziowa spoczywała na niej, zwrócona ku niemu naprawionym uchwytem. Zaczepił butem o najbliższą szynę podłogową, ułożył linkę na przedramieniu i zaczął liczyć. „Jeden”.

Jego ciało przesunęło się w stronę wyłącznika. Sprawa pojechała w przeciwną stronę. Widoczny dół przechylił się na bok, po czym znalazł między nimi kompromis. Ślad osi zadrżał, ale się utrzymał. „Stop”.

Zatrzymał się. Po drugiej stronie szprychy przezroczysta osłona wyłącznika schwytała jeden bursztynowy impuls, a następny zgubiła. Wciąż za daleko. „Dwa”.

Ciało i sprawa rozdzieliły się o kolejną sparowaną odległość. Posiniaczone żebra zaprotestowały, gdy Thomas przenosił się do następnej szyny. Linka piłowała rękaw. Zamocowana nad głową plastikowa taca na części przechyliła się na tyle, by odsłonić blade spody swoich klipsów. Dotarł do drugiej niebieskiej kreski. Ślad zwęził się o pół działki. „Stop”.

„Ślad się zwęża” — powiedziała Deborah.

„Widzę”. Jego głos brzmiał na zdyszany i zirytowany, co było sprawiedliwe, bo czuł jedno i drugie.

Pod szumem łączności tykał zatrzask palety. „Trzy”.

Thomas wysunął biodra w otwarte przejście. Sprawa serwisowa jechała przeciwnie do niego, a jej stalowe dno szeptało po pokładzie. Wtedy przedni narożnik dotarł do wypukłego spojenia ściany i zaczepił się o nie. Ciało Thomasa nadal się poruszało. Linka gwałtownie napięła się na jego przedramieniu. Ramię minęło niebieską taśmę. Na wyświetlaczu zieleń skoczyła na zewnątrz.

Thomas opadł piersią na pokład i zacisnął lewą dłoń na szynie podłogowej. Pęd ciągnął jego buty ku wyłącznikowi. Prawe ramię chciało podążyć za nimi. Powstrzymał je tuż przed następnym znacznikiem, z policzkiem przyciśniętym do zimnego pokładu i płonącymi żebrami. Sprawa stała po drugiej stronie sektora z narożnikiem zaklinowanym o spojenie, a torba narzędziowa przewróciła się na bok. „Pełny stop” — powiedział.

„Thomas?” Z głosu Dakoty zniknęła wszelka nuta żartu.

„Zatrzymałem się”.

Ślad osi drżał przy granicy. Nie nastąpiło uderzenie. Za jego plecami jedna z nasadek naprężała pętlę mocującą, nie wydając żadnego dźwięku. „Możesz się cofnąć?” — zapytała Deborah.

Sprawdził chwyt. Cofnięcie oznaczało odciągnięcie własnej masy od wyłącznika, podczas gdy sprawa pozostawała nieruchoma; odwróciłoby to ostatni błąd, ale oznaczało rezygnację z przejścia. Bezpieczne, jeśli zdoła poruszać się powoli. Słowo „bezpieczne” było teraz pełne drzazg. „Tak” — powiedział. „Ale zatrzask może nie dać mi następnej próby”.

„Co uwolni sprawę ze spojenia?”

Thomas powiódł wzrokiem wzdłuż linki. Przechodziła przez niski pierścień prowadzący między nim a sprawą. Gdyby pociągnął prosto, uwięziony narożnik wbiłby się mocniej. Gdyby przełożył linkę nad sąsiednią prowadnicą, napięcie obróciłoby sprawę o kilka stopni i wyprowadziło narożnik na wolność. Jego dłoń mogła dosięgnąć tej prowadnicy. Ramię nie mogło przesunąć się nawet o kolejny centymetr. „Mogę zmienić kąt ciągnięcia” — powiedział. „Niewielki ruch ręki. Sprawa powinna obrócić się od spojenia”.

„Powinna?” — zapytała Deborah.

„To uczciwe słowo”.

„Zrób to, nie przesuwając ciała naprzód”.

Thomas przesunął prawą dłoń po napiętej lince. Linka spłaszczyła rękaw na jego skórze, a palce mrowiły. Wsunął pod nią 2 palce, uniósł ją i przepchnął nad drugim pierścieniem prowadzącym. Sprawa obróciła się z chropawym stukiem. Zieleń przesunęła się odrobinę na zewnątrz, zatrzymała, a potem zaczęła się cofać, gdy stalowy narożnik uwolnił się ze spojenia. „Sprawa wolna” — powiedział.

Nikt mu nie pogratulował. Dobrze. Gratulacje sprawiały, że ludzie zaczynali się spieszyć.

Ponownie ułożył linkę na przedramieniu, przeciągnął sprawę do następnego przeciwnego znacznika i wyrównał ramię z własnym. Ślad się zwęził. Słabe bursztynowe odbicie przesunęło się po osłonie wyłącznika. „Cztery”.

Tym razem ruszyli razem. Thomas przebył ostatni odcinek na rękach i kolanach, podczas gdy obciążona sprawa oddalała się od niego, a łącząca ich linka zmieniała ich osobne ruchy w jedną prymitywną maszynę. Blizna na dłoni tarła o szynę podłogową. Ciepła krew zwilżyła nasadę kciuka. Zielony ślad na wyświetlaczu skracał się ku środkowi, jasny odcinek po jasnym odcinku. Przy ostatnim znaczniku jego lewa dłoń uderzyła w szynę odcinającą. Sprawa dotarła do przeciwnego ogranicznika z głębokim, ostatecznym stukiem. Ślad się zwęził. Thomas przetoczył się obok szafy, odrzucił przezroczystą osłonę i wcisnął czerwoną łopatkę. Wyłącznik stawiał opór przez połowę skoku. Uderzył ponownie nasadą krwawiącej dłoni, przekręcił blokadę i przez szynę poczuł, jak lokalny mechanizm osiada na miejscu. Bursztynowe światła przestały pulsować i świeciły jednostajnie.

Przez kilka sekund leżał na pokładzie z czołem opartym o szafę. Strach przyszedł po pracy, bezczelny i spóźniony. Uda mu drżały. Pot spływał ze skroni do jednego oka. Chciał, żeby Dakota powiedziała coś zwyczajnego o jego okropnej postawie. Chciał, żeby uderzenie kołnierza się nie wydarzyło. Żadne z tych pragnień nie kwalifikowało się jako inżynieria. „Rufowy wyłącznik zablokowany” — powiedział. „Przejście zakończone”.

Deborah zapytała: „Co utrzymało ślad wewnątrz?”

Spojrzał przez szprychę na sprawę serwisową spoczywającą na odległym niebieskim znaczniku. „Równy moment obrotowy przemieszczający się przeciwnie do mnie. Moje ciało poszło w jedną stronę, stała masa w drugą. Statek przeniósł oba ruchy bez rozszerzania śladu osi”.

„Dowiodłeś tego jeden raz” — powiedziała Deborah.

„Jeden raz to wszystko, co mam”.

Thomas otworzył szafę i wyciągnął lokalny wyłącznik telemetryczny. Panel budził się rząd po rzędzie. Jedna kamera pokazała mu zakłócenia. Inna — Dakotę siedzącą przy ścianie sekcji Akord Szklarni, z końcami krótkich warkoczyków unoszącymi się trochę tam, gdzie zmienił się dół. Trzecia odnalazła Deborah zapartą między 2 szynami w przednim akordzie. Ostatni obraz ustabilizował się na Kyle’u przyciśniętym do boku wygiętej szafy, z jedną długą nogą podwiniętą pod ciało i obiema dłońmi trzymanymi tam, gdzie kamera mogła je widzieć. Za jego ramieniem paliły się zielone lampki stanu próbek. Uszkodzona paleta przesunęła się z suchym tyknięciem.

Thomas użył lokalnych elementów sterujących mocowaniami, by napiąć ocalały pas. Silnik wybierał luz w opornych, drobnych skokach, aż przód palety osiadł przy szynie. Thomas zablokował tam pas. Orteza, nie naprawa. Po przeciwnej stronie obciążona sprawa pozostała dokładnie tam, gdzie zostawiło ją przejście. „Mam telemetrię” — powiedział. „Kyle, za twoim lewym ramieniem znajduje się zaplombowana skrzynia narzędziowa. Nie sięgaj po nią. Deborah, 2 szyny od twoich butów stoi zabezpieczona kuchenna sprawa serwisowa. Dakota, siedź dalej. Możemy budować ruchy przeciwne, wykorzystując nieruchomą stałą masę, ale odliczamy każdy centymetr, zanim ktokolwiek rozpocznie ruch”.

„A kołnierz?” — zapytał Kyle.

Thomas powiększył zatrzymany obraz diagnostyczny. Znacznik uderzenia pozostał czerwony. Nie pojawił się żaden element sterujący resetowaniem. Metal przyjął odpowiedź palety i zatrzymał ją w sobie. „Aktywnej korekcji już nie ma. Obudowa przyjęła jedno uderzenie. Nie potrafię powiedzieć, jaki zapas pozostał”.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. 4 obrazy z kamer więziły 4 osoby w 4 częściach statku zbudowanego tak, by mogły chodzić, kiedy tylko zechcą. Thomas ścisnął zdrową dłonią szynę odcinającą i patrzył, jak wygięty panel dostępowy obok podwiniętej nogi Kyle’a pozostaje na swoim miejscu. Głos Deborah odezwał się ostatni, niski i precyzyjny. „Thomas, powiedz mi, jak ktokolwiek ma się znowu poruszyć”.